Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hyde park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hyde park. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2013

Imagine - Louis (XI)

Hai! Wróciłam z nart... Strasznie jestem dumna z Polish Directioners za akcję #PolandNeedsTakeMeHomeTour ...
Przepraszam, że nie pisałam...
Przepraszam, że nie jadę kolejnością chronologiczną zamówień, ale dzisiaj przy obiedzie moja rodzina doprowadziła mnie do płaczu, więc nie jestem w sosie na pisanie zbytnio, nie licząc jednego zamówienia, któremu chyba dzisiaj podołam. Resztę zamówień dotrzymam w tym tygodniu.

Dedykuję ten imagine wspaniałej Nieznajomej - mam nadzieję, że się spodoba i dziękuję, że mnie wybrałaś <3

PS Będzie serio dłuuuuugi...

Wasza B

---------------------------------------------------









- Przepraszam, szuka Pan czegoś? - zapytałam opryskliwie już trochę poirytowana, widząc po raz kolejny tą samą osobę, włóczącą się za mną... Zacisnęłam mocniej dłonie na niesionych książkach i odwróciłam się na pięcie, by stanąć przodem do mojego prześladowcy.
- Nie... Raczej powiedziałbym, że czegoś straszliwie potrzebuję... - odparł i się uśmiechnął, a ja pewnie odwzajemniłabym ten uśmiech, gdyby nie to, co właśnie ujrzałam.  Mimowolnie wypuściłam książki z dłoni, a one upadły na podłogę, rozsypując się. Od razu uklękłam na ziemi, by je pozbierać, a mój rozmówca zrobił to samo. Uśmiechnął się szerzej podając mi jeden z tomów. Odwróciłam jak najszybciej wzrok od chłopaka przede mną i przygryzłam dolną wargę. Nie musiałam mu się przyglądać, doskonale znałam każdy szczegół jego twarzy. Wstałam powoli, a serce uderzało w mojej klatce piersiowej tak mocno, że miałam wrażenie, jakby chciało się z niej wyrwać. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście i głupotę zarazem. Szczęście - bo nigdy nie przeleciało mi nawet przez myśl, że spotkam Go w tej bibliotece, co prawda najlepszej w Londynie, ale jednak bibliotece. 
A głupocie - bo skrzyczałam właśnie członka mojego ulubionego zespołu... Spoglądałam na podłogę przede mną i westchnęłam głęboko.
- A czego potrzebujesz? - zapytałam tym razem milszym tonem.
- Cóż... Chciałem... Ale gdzie moje maniery - zaśmiał się, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, który pozostał na niej już do końca rozmowy - Jestem Lo... - zaczął, ale ja mu szybko przerwałam.
- Wiem, jesteś Louis... - odparowałam i ugryzłam się w język, ale napotykając jego wzrok - uśmiechnęłam się pogodnie.
- Haha... A mogę wiedzieć, kim jest moja piękna ofiara prześladowań? - zaśmiał się, ale był poważny.
- Jestem... Jestem zażenowana, że tak to wyszło... Przepraszam - powiedziałam, a on znów wybuchnął śmiechem.
- Haha... To chyba niespotykane imię... - uśmiechnęłam się szerzej na te słowa, a Louis dodał. - A czy droga zażenowana dałaby się przynajmniej wyrwać z biblioteki? - zapytał z pewnością siebie.
-Hahah... Oczywiście, ale może najpierw wróćmy do tego, czego potrzebowałeś... - zaproponowałam lekko. Chyba charakter Louisa wpływał na mnie tak odprężająco.
- Cóż... No właśnie potrzebowałem, żebyś się uśmiechnęła przynajmniej... dla mnie - powiedział, przechodząc z nogi na nogę, a ja uśmiechnęłam się, pokazując wszystkie zęby.
- Może lody i spacer? - zaproponował, a ja przytaknęłam.

*** 
Dwa miesiące minęły od kiedy poznałam tego chłopaka, a serce nadal biło z jakieś 500 razy szybciej, tylko na wypowiedzenie tego imienia - Louis. 
Spotykaliśmy się już od dnia, gdy poznałam go w bibliotece... Naprawdę bardzo go lubiłam...
Z rozmyślań wyrwały mnie krople wody, które uderzyły w moją twarz.
- Ej! Co ty robisz?! - zaśmiałam się i wychyliłam rękę, by też opryskać go wodą. 
- Ja? Ja nic nie robię... Sprawiam tylko, że jest ciekawiej! - zaśmiał się i znów odłożył wiosła, by mnie ochlapać. Śmialiśmy się obydwoje, będąc mokrzy.
- Zaraz się przewrócimy przez ciebie! - krzyknęłam, nadal się śmiejąc, bo chybotało nami we wszystkie strony. 
Louis zabrał mnie do Hyde Parku i teraz pływaliśmy łódką po jeziorze dzięki jednemu z jego szalonych pomysłów. A był to szalony pomysł, bo dochodziło powoli do 1:00 w nocy i normalnie nie można o tej porze wypożyczyć łódki, ale dla Louisa nie stanowiło to problemu, by odwiązać jedną od pomostu i popływać. 
- A jak się przewrócimy to co? - zapytał z chytrym uśmieszkiem, chwytając się obu burt, by rozbujać jeszcze mocniej drewnianą łódeczkę. 
- Przestań! Jak się przewrócimy, to mnie popamiętasz! - krzyknęłam w odpowiedzi, już trochę wystraszona, bo wiedziałam co czai się w umyśle tego chłopaka - od razu pożałowałam swoich słów.
Kolejne minuty wydawały się sekundami. Łódka przewróciła się do góry dnem, a nasza dwójka wpadła do wody. Gdy się wynurzyłam - znajdowałam się w środku odwróconej łódki. Rozejrzałam się dookoła i już chciałam wypłynąć spod łodzi na świeże powietrze, gdy coś, a raczej ktoś chwycił mnie za kostkę i pociągnął pod taflę wody. Wynurzając się znowu, wzięłam głęboki wdech, po czym  zauważyłam roześmianego Louisa - którego od razu ochlapałam.
- Myślisz, że to zabawne? - spytałam wściekłym tonem i wyciągnęłam ręce, by odepchnąć go. Louis odczytał moje zamiary i chwycił mnie za nadgarstki obu dłoni i przyciągnął do siebie. Spojrzałam w jego błękitne oczy i poczułam, jak moje serce bije wolniej i wolniej... Muskaliśmy się nogami pod wodą, próbując się utrzymać na powierzchni wody, nadal będąc w przewróconej łódce. Czułam ciepło jego ciała w lodowatej wodzie. Lou puścił jedną moją rękę i przyciągnął moją twarz już wolną dłonią, a jego usta prawie nie musnęły  moich - był to nasz najbardziej delikatny pocałunek. 
- Kocham cię - wyszeptał, gdy przerwał na chwilę pocałunek.
- Ja ciebie też... - powiedziałam, pozwalając by nasze usta znów się złączyły.
***
 
Wtuliłam się mocniej w jego tors, od którego biło ciepło i uśmiechnęłam się na wspomnienie tamtego dnia sprzed pół roku. Od tamtej pory byliśmy z Louisem nierozłączni - każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Zdążyłam już poznać chłopców z zespołu i wydaje mi się, że nawet mnie lubią.
- O czym tak myślisz, kochanie? - wyszeptał mi do ucha, muskając wargami jego płatek. Przymknęłam oczy, gdy jego usta zjechały niżej i złożyły delikatny pocałunek na mojej szyi. 
Siedzieliśmy na wydmach - pojechaliśmy na weekend nad morze. Louis był świetnym grzejnikiem na tutejsze wietrzne dni - opierałam się o jego tors plecami, a on swoje nogi rozprostował po obu stronach moich własnych nóg. 
- A nic... - zaczęłam, spoglądając na moją dłoń, którą subtelnie zakreślałam kółka na jego udzie. Wiedziałam, że on też patrzy na moją rękę. Po chwili dodałam. - Zastanawia mnie tylko, czy woda naprawdę jest taka zimna, jak wszyscy myślą... 
- Możemy to sprawdzić... - Lou uśmiechnął się szerzej i zaczął mnie łaskotać po brzuchu. 
- Hahaha... przestań! Przestań!! Pomocy!! - śmiałam się i próbowałam się wyrwać z jego żelaznego uścisku bez skutku. 
Chłopak obrócił mnie tak, że leżałam teraz na piasku, a on pochylał się nade mną. Nie miałam drogi ucieczki - po obu stronach moich ramion, on trzymał ręce, by się wspierać. 
- Wolę cię zdecydowanie bardziej teraz niż zmarzniętą w wodzie... - wyszeptał i pochylił się bardziej, by złożyć delikatny pocałunek na moich wargach. Moje serce stanęło na chwilę, a przynajmniej mi się tak wydawało. Delikatnie objęłam dłonią jego twarz i przyciągnęłam mocniej do pocałunku, który stał się bardziej namiętny. Oderwałam swoje od jego ust, ale nasze twarze nadal dzieliły milimetry.
- Ale wiesz... Jak wejdę do wody to tak zmarznę, że będzie mnie ktoś potem musiał ogrzać... - wyszeptałam i całując Louisa, przygryzłam delikatnie jego wargę.
Louis wstał szybko i zrzucił z siebie swoją koszulkę. 
- Kto ostatni w wodzie, ten zmywa naczynia po kolacji! - krzyknął i rzucił się pędem do wody.
- Ej! To nie fair! - krzyczałam za nim, biegnąc w tym samym kierunku. - Ja ostatnio zmywałam!

                                ***
 Dzisiaj jest już 23 grudnia. Minęło sporo czasu od kiedy w wiosnę poznałam Lou. Zdążyłam się z nim tak zżyć, że myślę, że nie potrafiłabym już normalnie funkcjonować bez niego. Jutro są urodziny Louisa i dopiero jutro mieliśmy się spotkać, ale chciałam mu zrobić "małą" niespodziankę. Ubrałam się niezbyt wyzywająco, ale to co miałam pod spodem było ważniejsze - bielizna. Szłam w stronę kamienicy Lou, która była położona niedaleko Hyde Parku - chłopak nie lubił dużych mieszkań, wolał "nie wyróżniać się z tłumu". Stałam już pod drzwiami i na szczęście nie musiałam dzwonić domofonem, bo jakaś staruszka właśnie wychodziła z kamienicy, więc przytrzymałam jej drzwi i po chwili weszłam na klatkę schodową. Przeszłam dwie kondygnacje schodów w górę i stanęłam przed drzwiami do mieszkania Lou. Mając nadzieję, że chłopak jak zwykle przez typowe dla siebie roztargnienie, zapomniał zamknąć drzwi - nacisnęłam klamkę...
Ku mojemu szczęściu, jak przynajmniej wtedy myślałam, drzwi były otwarte.
Uśmiechnęłam się szeroko i weszłam na palcach do środka. Zaczęłam powoli rozpinać guziki płaszcza i gwałtownie opuściłam dłonie, a uśmiech zszedł z mojej twarzy, gdy weszłam do salonu. 
- Kochanie... To nie tak, jak myślisz... - zaczął Louis, który właśnie wstał prawie nagi z kanapy, na której leżała blond piękność w samej koronkowej bieliźnie.
- Ah, czyżby? Czyli właśnie nie liżesz się na kanapie i nie próbujesz się przespać z Jennifer jakąś tam, która grała w tym nowym filmie z Joshem Hutchersonem? - powiedziałam, jak najszybciej potrafiłam, a go zamurowało, nie potrafił nic powiedzieć, więc dodałam zrezygnowana. - Wiesz co? Oszczędź sobie... - podążyłam szybko w stronę wyjścia, a Louis w ostatnim momencie złapał mnie za rękę, bym się odwróciła do niego przodem.
- To nie tak... Kocham cię! - powiedział, a ja się zamachnęłam i uderzyłam go w twarz tak mocno, że puścił mnie i chwycił się za policzek, otwierając usta. Spojrzał na mnie oniemiały.
- Jesteś kiepskim kłamcą... - rzuciłam, wybiegając z mieszkania, bo czułam, jak łzy zbierają mi się w oczach, a ostatnią rzeczą jaką chcę to, to żeby on widział ile dla mnie znaczył i jak bardzo teraz cierpię. Wybiegłam z kamienicy na ulicę i pobiegłam, nie zważając na nic do parku naprzeciw. Miałam szczęście, że jakieś auto się zatrzymało i tylko na mnie zatrąbiło. Biegłam ile sił w nogach, a z oczu cały czas płynęły mi łzy. Stanęłam pod wielkim dębem i oparłam się dłonią o jego pień. Otworzyłam gwałtownie oczy i próbowałam złapać dech - przebiegłam jakieś 500 metrów parkiem, więc stosunkowo niewiele, a czułam jakby ktoś wypruwał mi płuca. Otworzyłam usta, nie mogąc uspokoić oddechu. Przyłożyłam dłoń do mojej klatki piersiowej - moje serce biło jak oszalałe. Osunęłam się na ziemię, dysząc, a łzy płynęły mimowolnie po moich policzkach... Ostatnie co pamiętam, to odgłosy dobiegające z oddali i silne ręce, które potrząsnęły mym ciałem za ramiona...

                                 ***

Otworzyłam powoli oczy, mój organizm był słaby - czułam to. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważyłam najpierw rurkę przyczepioną do mojej ręki, a potem dopiero rodziców wraz z bratem śpiących na krzesłach w kącie sali. Nigdy tu wcześniej nie byłam, ale każdy by się zorientował, że znajduję się w jednej ze szpitalnych sal. Musiała być dość późna pora, że  cała trójka spała snem sprawiedliwego. Spojrzałam na nich z czułością i się uśmiechnęłam. "Pewnie nic mi nie jest, a te ciołki i tak tutaj będą!" - przeleciało mi przez myśl. Nagle mój brat otworzył oczy i poderwał się na równe nogi, podszedł do mnie i zaczął wykrzykiwać hasła, że żyję i wszystko będzie dobrze. Kochałam tego 13-latka, który właśnie obudził resztę rodziny i sprowadził pielęgniarkę. 
- Haha... Może ktoś mi wyjaśni, co się właściwie stało, co? - zapytałam, gdy brat wypuścił mnie z uścisku, a chwile potem poczułam mocny ból, jakby ukłucie, serca. 
- Au... - wyrwało się z moich ust.
- Wiesz, skarbie... Lekarz powiedział, że z tobą porozmawia, jak tylko się obudzisz, ale najlepiej będzie dopiero rano, teraz powinnaś odpoczywać - powiedziała pielęgniarka, która zmieniła mi kroplówkę i wyszła z sali, mrugając do mnie.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - zapytam, marszcząc brwi.
- 8 dni... Lekarze zdążyli cię zdiagnozować i... - zaczęła mama, a jej głos powoli słabnął, nie chciałam, by powiedziała prawdę, więc szybko jej przerwałam.
- Wow! 8 dni! To ponad tydzień! Jeszcze nigdy tak długo nie spałam! - zaśmiałam się, co chyba polepszyło humor tacie.
- Tak... rzeczywiście! Powinniśmy przestać się czepiać, że śpisz w weekendy do południa, co? - zażartował sobie, a ja się uśmiechnęłam, przytakując głową.
- Aaa i tak z innej beczki, piękna... - powiedział sarkastycznie mój młodszy brat - Twój chłoptaś stoi pod drzwiami - dodał i wskazał głową w stronę drzwi.
Spoglądając tam, serce zamarło mi na chwilę, odwróciłam wzrok i spojrzałam na swoje dłonie.
- Coś się stało między wami zanim... no wiesz? - zapytała zatroskana mama, a ja się nie poruszyłam, więc dodała - Może powinniście pogadać... Gdyby mu na tobie nie zależało, to by tu nie przyszedł... Będziemy na krzesłach przed salą.
Spojrzałam w oczy mamie i wiedziałam, że ona już wszystko wie. Była niesamowita, po kilku gestach człowieka doskonale wiedziała, co jest grane. Moja rodzina wyszła i zobaczyłam tylko, jak przed salą mój tata rozmawia z Louisem, chłopak spuścił głowę i pokiwał nią delikatnie. Otworzył drzwi i wszedł do sali, a ja odwróciłam wzrok i spojrzałam za okno - na oświetlone ulice Londynu.
- Jeśli nie chcesz rozmawiać to... Mówi się trudno... - zaczął, a ja czułam jego wzrok, który sprawdzał, jak szybko się ugnę - Pozwól, że ja będę mówić - dodał. To zdanie sprawiło, że na chwilę opuściłam wzrok, ale potem znów spojrzałam za okno i postanowiłam, że będę w nie patrzeć do końca monologu Lou.
- Kiedy tylko wybiegłaś, ubrałem się i wybiegłem za tobą, ale nie mogłem cię nigdzie znaleźć, dopiero twoi rodzice do mnie zadzwonili i każdego dnia czuwałem przy twoim łóżku, bo chciałem być pierwszym, którego zobaczysz po obudzeniu się, jak trzyma cię za rękę... - zaciął się na chwilę, by chwycić moją dłoń. Nie spoglądając na niego, splotłam palce z jego własnymi ciepłymi palcami. - Ja żałuję... To była najgłupsza rzecz jaką zrobiłem, bo ja naprawdę cię kocham i nie mogę normalnie żyć bez ciebie. Myślałem, że to koniec z nami, ale że przynajmniej... Ale kiedy się dowiedziałem, że jesteś chora, poczułem, jak ziemia osuwa mi się spod nóg. Ja tak nie dam rady... Bez ciebie... - ciągnął, a jego głos z każdym zdaniem słabnął, mimowolnie zaczął płakać, a i po moim policzku spłynęły dwie pojedyncze, ciepłe łzy. - Ja nie będę umiał żyć bez ciebie, rozumiesz? Kocham cię, nie opuszczaj mnie... - powiedział błagalnym tonem. Siedział na krześle obok mnie, ale nie wytrzymał i pochylił się, by wtulić się w moje nogi i się w nie po prostu wypłakać. Spojrzałam na niego i przygryzłam wargę. Wolną dłonią przeczesałam jego gęste włosy. Louis spojrzał na mnie, a ja mogłam odczytać z jego twarzy, że wszystko co powiedział, co to słowa, było prawdą.
- W jednym się na pewno nie myliłam... - zaczęłam i uśmiechnęłam się delikatnie do niego. - Jesteś na serio kiepskim kłamcą - powiedziałam, a on się uśmiechnął słabo, a wierzchem dłoni wytarł twarz od łez.
- Jedyne co mogę dodać to, to że Jennifer od razu wyszła za tobą i powiedziała, że jestem dupkiem. Miała racje - wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się szeroko, ale po chwili uśmiech zniknął z mojej twarzy.
- Lou... Co mi jest? - spytałam, a on uciekł wzrokiem.
- Rodzice prosili mnie, żebym... - zaczął, ale mu szybko przerwałam.
- Długo mi zostało? - spytałam znowu, a on spojrzał mi w oczy. W jego błękitnych tęczówkach mogłam przeczytać, ile bólu kosztuje go ta rozmowa.
- Tak. Wszystko będzie dobrze... - powiedział spokojnie, bardziej uspakajając samego siebie niż mnie - Powinnaś odpoczywać... Pogadamy jutro, co? - dodał, prosząc. Skinęłam głową, a on nachylił się i złożył subtelny pocałunek na moich ustach. Delikatnie odsunęłam go od siebie.
- Louis... Zostańmy przyjaciółmi - rzuciłam, a on otworzył usta oniemiały i uciekł wzrokiem w bok. 
- Dobrze... Przynajmniej będę ciebie miał blisko... Pójdę do bufetu po wodę, chcesz coś? - zapytał jakby od niechcenia, ale wiedziałam, że łamię mu tym serce, a on chce być teraz sam.
- Hah... Oni zbytnio o mnie dbają... - odpowiedziałam, wskazując na kroplówkę, a na twarzy chłopaka pojawił się nikły uśmiech. Chwilę potem zostałam sama w sali i się cieszyłam. Musiałam wszystko przemyśleć. "Chyba wybrałam dobre rozwiązanie... Czuję, że mój koniec jest blisko, a nie mogę pozwolić, by Lou cierpiał, gdy odejdę... Lepiej będzie, gdy złamię mu serce wcześniej i mniej boleśnie, prawda?" - próbowałam przekonać samą siebie. Zamknęłam oczy, ale nie zasnęłam, nie mogłam. Gdy je znów otworzyłam, za oknem wstał nowy dzień, a Louis siedział obok mnie i przez sen trzymał mnie za rękę...

Dwa dni później...

 Pielęgniarka weszła do pokoju i mnie obudziła. To dzisiaj... Dzisiaj będę miała operację. W sali znajdowali się wszyscy, wszyscy oprócz Louisa, który zniknął wczorajszego wieczora. 
Gdy dwa dni temu usłyszałam, że mam skazę serca i to taką, że nie może prawidłowo transportować krwi, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Potrzebowałam nowego serca i na szczęście przez zeszły tydzień - udało nam się takie znaleźć. Nie mogę sobie wyobrazić, że od jutra, bo nie wiem kiedy skończą operację, w mojej klatce piersiowej już nie będzie biło moje serce, ale serce jakiegoś innego człowieka. To był dla mnie szok, ale bardziej się bałam. Lekarze oceniali raczej mój stan jako fatalny, skoro ot tak dają mi serce, na które niektórzy czekają latami. Nic dziwnego, nie potrafiłam usiedzieć 15 minut prosto - szybko się męczyłam. Bałam się, bo przeszczep serca to jedna z najbardziej skomplikowanych operacji... Tyle rzeczy może pójść nie tak... 


"Chciałabym, żeby Louis mnie teraz pocieszył jednym z tych swoich szalonych  pomysłów... albo żeby powiedział, że po operacji weźmie mnie na lody i przejdziemy się po parku - jak na naszej pierwszej randce. Gdzie on do cholery jest?" - pytałam samą siebie, gdy lekarze zakładali mi maskę tlenową, by mnie uśpić, a potem wywieźć na salę operacyjną... 
 ***
Ociężale otworzyłam powieki, a ostre światło południa mnie oślepiło. 
- Jeden dzień w narkozie i mieliśmy tyle spokoju, a teraz znowu się zacznie! - usłyszałam znajomy głos mojego przemądrzałego brata.
- Witamy, witamy! - zawołała radośnie mama, podchodząc do mojego łóżka.
- Operacja przeszła doskonale... Teraz serce jest jak nowe, haha... - zaśmiał się lekarz, który musiał właśnie rozmawiać z rodzicami, gdy się obudziłam.
- Cóż... Ono jest nowe, prawda? - spytałam, przecierając oczy i siadając.
- No tak, prawda... Ja zostawię państwa samych - powiedział doktor i wyszedł.
- Gdzie Louis? - zapytałam, spoglądając na tatę, a uśmiech na jego twarzy zbladł. Ojciec usiadł obok mnie i chwycił moją dłoń.
- To był szalony pomysł, ale znasz go przecie... Gdy zachorowałaś i było wiadomo, że... - mówił ojciec, a ja wiedziałam, co on miał na myśli.
- Nie, nie... to nie może być... - zaczęłam, łkając.
- Ktoś musiał dać ci serce... - dokończył mój brat, a ja zaczęłam płakać, jak jeszcze nigdy dotąd. 
- Ejej... Kochanie... To był kawał. Lou poszedł do toalety - przytulił mnie tata, a ja na niego spojrzałam wilkiem, łzy przestały spływać mi po policzkach.
- Jesteście najgorszymi ciołkami pod słońcem! - krzyknęłam na brata i ojca, a ci wybuchnęli śmiechem. 
Skrzyżowałam ręce na piersiach i modliłam się w duchu o cierpliwość do tej rodziny.
Nagle do sali wszedł Lou i zdziwił się na widok mojej zapłakanej twarzy. Podszedł do łóżka i... przybił piątkę z moim bratem i tatą.
- Nie złość się kochanie... - powiedział i nachylił się by mnie pocałować, a ja zrobiłam unik w bok.
- To że mam nowe serce, nie znaczy, że możecie je tak maltretować! -  powiedziałam z chytrym uśmieszkiem. 
Louis uśmiechał się, pokazując wszystkie zęby.
- No, przepraszamy... - powiedział i wyciągnął rękę zza pleców, za którymi chował cały czas coś przede mną. W rękach trzymał ogromny bukiet kwiatów - tulipanów, moich ulubionych. 
- Wow, a to z jakiej okazji...? - zapytałam zaskoczona, gdy nachylił się i pocałował mnie z czułością w czoło.
- Ehm... Z kilku... Za udaną operację, za przespanie Nowego Roku, w ramach przeprosin za głupi, szalony i nieodpowiedzialny dowcip... Ale myślałem, że się domyślisz... - powiedział i spojrzał mi w oczy, a ja odpowiedziałam mu błagalnym spojrzeniem, bo nie wiedziałam, co jeszcze mógł mieć na myśli...
- Podpowiedź? - zapytałam, a on się uśmiechnął szeroko.
- Liczba tulipanów... - odpowiedziała, a ja szybko policzyłam kwiaty.
- 40... Ja nie kończę 40 lat, Lou! - zaśmiałam się, a chłopak to odwzajemnił.
- Cóż... 40 oznacza 40 tygodni... - mówił, przechodząc z nogi na nogę, kochałam to jak się tak denerwował. - A 40 tygodni to 9 miesięcy, a dokładnie 9 miesięcy temu...
- Się poznaliśmy... - dokończyłam zdanie za niego. - Jak ja mogłam zapomnieć! 
- Zostawimy was samych... - powiedziała mama i rodzina wyszła z pokoju, już i tak zdążyłam zapomnieć o ich obecności przy Louisie.
- Przepraszam... że zapomniałam... Ja nic dla ciebie nie mam - wyszeptałam zasmucona i odłożyłam kwiaty na bok.
- Myślę, że masz... - powiedział Lou i przysiadł na krześle obok łóżka, nachylił się i otarł kciukiem jedną zagubioną łzę. - Nie chcesz mi czegoś powiedzieć? 
- Louis nie graj ze mną w te gierki... - rzekłam, trochę już zmęczona.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy tylko nimi - powiedział i się nachylił, a ja przyciągnęłam go ręką za koszulkę. Nasze usta złączyły się w długim, namiętnym pocałunku.
- Kocham cię... - wyszeptał Lou, gdy oderwaliśmy się od siebie, by złapać oddech.
- Ja ciebie też, ale nie rób mi więcej takich chamskich kawałów - powiedziałam, a chłopak się uśmiechnął.
- Nigdy więcej - dodał i delikatnie musnął moje wargi swoimi.
- Ale ja kocham cię mocniej... - wyszeptał.
- Nawet z nowym sercem? - zapytałam.
- Może nie dorównuje staremu modelowi, ale tak, czy siak... Z tym sercem, czy tamtym... Z każdym dniem kocham cię bardziej - powiedział, a ja uśmiechnęłam się najszerzej jak się da.

                                ***
"Można powiedzieć, że z nowym sercem, zaczęłam życie od nowa. Tylko z jedną małą różnicą... Wszystko zostało po staremu..." - pisałam właśnie ostatnie słowa w pamiętniku, gdy Louis nachylił się nad moim ramieniem.
- Powinnaś napisać książkę... Masz dobre pióro... - powiedział.
- I najlepiej zadedykować ją tobie? - zaśmiałam się.
- Hm... Nie musisz mi od razu książki dedykować, ale wiesz jakby tak... - odparł i delikatnie pocałował moją szyję, a ja wybuchnęłam śmiechem...


KONIEC






Opracowała: B - Mam nadzieję Nieznajoma, że się podobało <3




PS W tygodniu wstawię inne zamówienia
PSS Proszę o komentarze!! :)

niedziela, 6 stycznia 2013

Żeby zacząć nowe życie...(I) --> Imagine Niespodzianka:D

Hej... Tu E... Przepraszam, że dopiero teraz piszę... Miałam problemy z którymi musiałam się uporać... B i X wiedzą, o co chodzi i chyba mają tego już dość mojego marudzenia... Dobra, nieważne:)
No to żeby nie przeciągać to wstawiam to co napisałam. Będzie to wielo-partowiec:) Mam na niego wenę:) Tytuł nawiązuje do nowego roku. Bo jak mówią, nowy rok, nowe życie...
W pierwszej części nic dzieje między Tobą a jednym  naszych seksów, ale obiecuję, że akcja się rozkręci:) W końcu od czegoś trzeba zacząć... W dalszej części dowiecie się, w kim się zakochujecie:) Być może w wzajemnością...:D






~Oczami [T.I]~

Szłam przez Hyde Park... Szłam, dobre... Raczej biegłam... Byłam umówiona w sprawie pracy, której już raczej nie dostanę. No tak, nikt nie lubi spóźnialskich. Mimo wszystko nadal się łudziłam. Chociaż i tak mam niewielkie szansę, przez to że jestem Polką. Przyjechałam do Londynu jakiś tydzień temu. Chciałam tu spędzić wakacje. Byłam tu już wiele razy, ponieważ moja najlepsza przyjaciółka - [I.T.N.P.], tu mieszka. Przeprowadziła się, kiedy obie miałyśmy, po 15 lat. Teraz mamy 19 i cały czas utrzymujemy ze sobą kontakt, ale ona nie wiedziała, że jestem w Londynie. Chciałam chociaż raz poczuć to miasto sama. Źle się czułam, kiedy ona bez przerwy mnie utrzymywała....
W pewnym momencie wpadłam na całującą się parę. Nie zauważyłam ich, mimo że stali na środku ścieżki... Przewróciłam się, a z moich ust wydobyła się wiązanka polskich i angielskich przekleństw...
- Może byście... - zamarłam, bo zobaczyłam, kto jest moim rozmówcą.
- Proszę cię tylko nie krzycz.. dostaniesz wszystko... ale nie krzycz i nie mów nikomu, że nas widziałaś... -  chłopak w czapce i ciemnych okularach nachylił się nade mną i zaczął szybko mówić. Wydawał mi się znajomy, ale to nie jego widok mnie zaciekawił, tylko dziewczyny stojącej obok.
- [I.T.N.P.]...? - szepnęłam. Chłopak odwrócił się do niej, ale nic nie powiedział
- Tak... - odpowiedziała zdenerwowana dziewczyna. Pomogła mi wstać, odwróciła się i zaczęła iść razem z chłopakiem w nieznanym mi kierunku
- Czekam na wyjaśnienia! - powiedziałam z rękami założonymi na piersiach. Wiem, że to było dziecinne, ale musiałam się wszystkiego dowiedzieć.
- To ty mi powinnaś się tłumaczyć! Dlaczego ja nic nie wiem, o twoim przyjeździe?! - spojrzała na chłopaka, z którym przed chwilą się całowała. - Tak, to ona...
- Jaka ona?! O czym ty mówisz?! Kto to jest?! - zaczęłam zdenerwowana.
- Dobrze, już dobrze... - przerwała mi. - Zaraz wszystko ci opowiem... Ale bądź cicho... Proszę...
Złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia z parku. Chłopak cały czas trzymał się blisko nas. Był chyba trochę zdenerwowany, ale nie zaprzątałam sobie nim głowy. Cały czas dziwnie się czułam. Nie protestowałam  kiedy [I.T.N.P.] kazała wsiadać, do jakiegoś samochodu. Byłam tak ciekawa prawdy, ze zrobiłabym dla niej wszystko. Powiadają, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła... Zanim się obejrzałam auto stanęło pod wielkim domem na przedmieściach Londynu.
- Oni już tam są? - zapytała dziewczyna, jednak to pytanie nie było skierowane do mnie...
- Tak, zadzwoniłem do wszystkich... - tym razem uważniej wsłuchałam się w jego głos. Był bardzo znajomy, ale natychmiast odepchnęłam od siebie myśl, że to może być ta osoba o której myślę - Czasem opłaca sie mieć dzień wolny i mieszkać koło siebie - chłopak zaśmiał się, ale po chwili spoważniał. - Jesteś pewna, że...
- Tak - przerwała mu.
Po chwili para wyszła z samochodu, więc ja uczyniłam to samo. Nie rozumiałam niczego z ich rozmowy, dlatego bałam sie wchodzić do tego budynku. [I.T.N.P] to zauważyła, więc podeszła do mnie.
- [T.I], co jest? - zapytała.
- Kto to jest? Dlaczego...
- Zaraz ci wszystko wyjaśnię...- dziewczyna przerwała mi.- Obiecuję... Ale teraz chodź. Musze ci kogoś przedstawić...
Razem poszłyśmy w stronę drzwi wejściowych. Stał już tam chłopak, który przepuścił nas i wszedł za nami. Znaleźliśmy sie w wielkim holu. Z salonu dobiegało wiele głosów, które wydawały mi się za bardzo znajome. Weszliśmy do salonu. Na kanapie przed telewizorem siedziało czworo chłopaków bijących się o pilota. Ich wygląd pasował do moich wyobrażeń, kiedy usłyszałam ich głosy... Jednak nadal nie mogłam uwierzyć, żeby [I.T.N.P.] znała te osoby...
Ich walkę przerwało znaczące dziewczyny. Natychmiast podnieśli z kanapy i stanęli w rzędzie.
- No to...Hm...- zaczęła brunetka.- Chłopaki to [T.I]... [T.I] to Lou, Zayn, Liam i Niall... Ale chyba ich już znasz... - w miarę, jak wypowiadała kolejne słowa, do mój mózg powoli przestawał pracować. Czyli od początku miałam rację? Czyli ona zna 1D... Obie byłyśmy Directionerkami... Przecież to nie możliwe. Tyle razy o nich rozmawiałyśmy...  To nie możliwe, żeby ona mi o tym nie powiedziała...- Kochanie przepraszam, że mówię ci o tym dopiero teraz, ale nie uwierzyłabyś mi...i wolałam to póki, co utrzymać w tajemnicy...
- Ciekawe dlaczego...- przerwał jej Lou, który szeroko się uśmiechał.
- Spadaj - odburknęła dziewczyna. - To nie twoja sprawa - jej słowne przepychanki z Louisem nie interesowały mnie. Zastanawiałam się, gdzie jest Harry. Skoro wszyscy mieli tu być, to dlaczego go nie ma? Nagle poczułam, że ktoś kładzie rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się, a moim oczom ukazał się chłopak, który całował się w parku z [I.T.N.P.]. Tym razem nie miał już ciemnych okularów i czapki, więc mogłam go bez problemu rozpoznać. Był to...
- Cześć jestem Harry... Harry Styles... [I.T.N.P.] nas sobie jeszcze nie przedstawiła...
Nie usłyszałam więcej, bo oczy zaszły mi mgłą i zaczęłam powoli osuwać się na ziemię...


~Oczami [I.T.N.P.]~

Kłóciłam się z Lou, kiedy usłyszałam głos Harry'ego...
- Kochanie... Bo ona zemdlała...
- Co?! - natychmiast przyklęknęłam, przy leżącej na ziemi [T.I] - Zanieś ją do mojego pokoju... 
- Ciekawe, gdzie teraz ty będziesz spała...- powiedział Lou.
- Bo przecież, Harry nie pozwoli, żebyś spała na kanapie...- dopowiedział Zayn. Obaj zaśmiali się i przybili sobie piątkę. 
Harry wziął [T.I.] na ręce, a ja całkowicie zignorowałam chłopaków i poszłam z nim. Kiedy chłopak położył ją na łóżku, usiadłam przy niej.
- Ja z nią chwilę zostanę. Pewnie zaraz się obudzi, a muszę jej wszystko wyjaśnić...
- Jasne.. Gdyby coś to wołaj...-chłopak podszedł do mnie i pocałował mnie w czoło. - A resztą się nie przejmuj... Ja się nimi zajmę - powiedział po czym od razu wyszedł. 
Zostałam sama z [T.I]... Wróciłam myślami do wspomnień, które 4 lata temu całkowicie zmieniły moje życie...


Kiedy weszłam do domu, w salonie siedzieli już moi rodzice.
- Dzisiaj pani oddała mi kartkówkę z angielskiego… Niestety nie poszła mi za dobrze… Obiecuję, że się przyłożę do tego języka, bo wiem, że jest bardzo ważny. W przyszłości na pewno mi się przyda…
- Tak, w bardzo niedalekiej przyszłości – przerwał mi tata.
- Co? – zapytałam zdezorientowana.
- Kochanie usiądź, musimy porozmawiać…- włączyła się mama.
- Coś się stało? – spytałam i usiadłam naprzeciwko moich rodziców przy stole.
- Nic takiego – mama uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Znaczy, nic złego… -spojrzała na tatę.
- Nic złego...- powtórzyłam.- Ale i tak się boję.
- Nie ma czego... naprawdę... - mama próbowała mnie przekonać. 
- Jakoś wam nie wierzę
- Dobra, nie ma co przedłużać - wreszcie odezwał się tata. – Lepiej powiedzmyjej teraz… Będziemy musieli wyjechać…
- Co? 
- Dostałem szansę rozkręcenia naszej firmy, ale będziemy musieli się przeprowadzić…- Poczekaj, chyba źle usłyszałam – przerwałam mu. – Mamy się przeprowadzić?!-  Zrozum, tak będzie lepiej… Mamy tam szansę na lepsze życie. Razem z mamą wiemy, gdzie będziemy pracować i jesteśmy w trakcie załatwiania spraw związanych ze szkołą.- Jak to?!Przecież nie robiłeś nigdzie dalej interesów! Tylko w Anglii, ale przecież tonie ma sensu…- mówiłabym dłużej, gdyby moja mama mi nie przerwała.
- Kochanie, będzie dobrze… Zawsze mówiłaś, że chciałabyś pojechać do Londynu, a teraz masz szansę tam zamieszkać. Podszkolisz swój angielski, poznasz nowych ludzi, a tata już nie będzie musiał, co chwilę wyjeżdżać. Widzisz, są tylko same plusy tego wyjazdu!
- Przecież wy nie umiecie angielskiego…! Wszystkie sprawy z Anglikami załatwiał wujek Alex!
Rodzice spojrzeli na siebie, po czym tata zaczął
- To prawda, on się tym zajmował, ale nie znaczy, że nie umiemy angielskiego… Po prostu wujek jest po filologii angielskiej, więc znał język najlepiej z nas wszystkich.- Czyli umiecie? – zapytałam zdezorientowana.- Tak... - odpowiedział tata. - Od pewnego czasu się uczyliśmy. Jasne, nie jest on na wysokim poziomie,ale póki co nam wystarczy. Mamy nadzieję, że możemy liczyć na twoją pomoc
- Uczyliście się?! Od jak dawna to planowaliście i dlaczego nic mi o tym nie powiedzieliście!?
- Od sześciu miesięcy, jednak to nie było pewne, dlatego ci nie mówiliśmy -zaczęła mama.
- Woleliśmy, żebyś zajęła się szkoła, a nie wyjazdem, który mógł, nie dojść do skutku - dodał tata.- Dopiero parę dni temu dowiedzieliśmy się, że musimy wyjechać.
- Kiedy wyjeżdżamy? - zapytałam w szoku. Wiedziałam, ze dyskusja nie ma sensu.Tacy byli moi rodzice, jak coś postanowili, nie było odwrotu.- Chcę się jeszcze pożegnać z paroma osobami...
-  Za miesiąc... chcemy, żebyś skończyła tą klasę. Potem zaczniesz naukę w Londynie. Będziesz miała całe wakacje na za klimatyzowanie się.- Rozumiem, że pójdę do polskiej szkoły…- Nie kochanie -powiedziała mama przerywając nieprzyjemną ciszę, która zapanowała w pokoju zaraz po mojej wypowiedzi.- Rozmawialiśmy o tym razem i uznaliśmy, że lepiej będzie jeśli pójdziesz do normalnej szkoły…- Normalnej szkoły!?  Będę chodzić do klasy z Anglikami?! Przecież wiecie, na jakim poziomie jest mój angielski! Jak ja sobie tam poradzę?!-Wierzymy w ciebie… - zaczęła mnie uspokajać mama.- Poza tym, masz całe wakacje na podszkolenie swoich umiejętności… Jesteś zdolna poradzisz sobie…
- Mam nadzieję, że macie racje… - uśmiechnęłam się słabo. – A ile to potrwa?
- Co? – zapytał zdezorientowany tata.
- Ile potrwa pobyt w Anglii? Kiedy wrócimy?
- My nie wrócimy…Zostajemy tam na stałe…
Nie usłyszałam ciągu dalszego, ponieważ wybiegłam z domu. Do oczu zaczęły mi napływać łzy. Oni nie mogli mi tego zrobić, nie mogli…

Ale zrobili… Na szczęście, nie mylili się, co do mojego życia tutaj - poradziłam sobie. Wbrew obawom od początku umiałam się porozumiewać, ludzie nie wyśmiewali się ze mnie, wręcz przeciwnie, byli bardzo mili, znalazłam nowych znajomych, którzy byli Anglikami. Wśród nich było też One Direction. Poznałam ich, kiedy byli w XFactorze. Mój tata pracuje przy jego produkcji, więc znam wiele sławnych osób. Jednak tylko z 1D naprawdę się zaprzyjaźniłam. Najpierw traktowałam wszystkich, po równo, jak braci, ale po jakimś czasie zaczęłam się spotykać z Harry'm. Jesteśmy już razem pół roku. Mimo wielu kłótni, jestem szczęśliwa. Jednak nie mogłam tego powiedzieć [T.I.]... Najprawdopodobniej nie uwierzyłaby mi, poza tym nie było okazji. Zawsze kiedy ona była u mnie, chłopców nie był w Londynie. 
Oprócz nich znałam jeszcze wielu Polaków, ale to z Anglikami miałam najlepszy kontakt. Stało się tak, ponieważ poszłam do normalnej szkoły. Decyzja moich rodziców o posłanie mnie tam była bardzo słuszna... Z resztą to nie jedyna dobra decyzja, którą podjęli... Mimo wszystko, wyjazdu do Londynu, też nie żałuję...

- No co się stało? –zapytała [T.I], zaraz po tym, jak weszłyśmy do jej pokoju. Przed chwilą zjawiłam się przed domem dziewczyny. Ona wpuściła mnie do niego, mimo że była to niezapowiedziana
- Nic – odburknęłam i usiadłam na łóżku, żeby pobawić się z jej kotem – Kevinem. Dziewczyna stanęłam naprzeciwko mnie i splotła ręce na piersiach.
- Mnie nie oszukasz.No gadaj, będzie ci lepiej.
- Może mi tak, ale tobie nie…
- Co? Mów normalnie!
- Dobrze, powiem ci…-westchnęłam. – Ale najpierw mi odpowiesz na pytanie, ale zrób to szczerze.
- Jasne, pytaj…
- Jestem dla ciebie ważna?
- To głupie pytanie…-prychnęła. – Przecież znasz odpowiedź.
- Ale chcę ją od ciebie usłyszeć… Proszę…
- Jesteś niemożliwa…- dziewczyna uśmiechnęła się i usiadła tuż obok mnie. – [I.T.N.P.]  jesteś moją przyjaciółką, jak mogłabyś nie być dla mnie ważna?
- Dziękuję… To teraz moja część umowy…- odwróciłam od niej wzrok i wbiłam go w kartki po przylepiane do wielkiego lustra. – Zaraz po zakończeniu roku szkolnego wyjeżdżam do Londynu…
- Na serio?! To świetnie! I czym tu się martwisz dziewczyno?
- [T.I] ty nie rozumiesz! Ja wyjeżdżam na zawsze, nie tylko na wakacje! – odwróciłam głowę w jej stronę, a po policzkach zaczęły mi spływać łzy.
- Co? Aaaa… rozumiem,to tylko taki żart – dziewczyna zaczęła się nerwowo śmiać, a ja mnie miałam siły jej przerywać. – [I.T.N.P.] powiedz, że żartujesz! – [T.I] po jakimś czasie się opamiętała i zaczęła mówić. - Że twoje słowa, były tylko kiepskim żartem! Proszę…
- Nawet nie wiesz,jakbym chciała, żeby one nim były…
- Nie możesz tego zrobić! Nie pozwalam ci!
- Muszę jechać...
- Możesz przecież tu zostać!
- Jak? - zapytałam retorycznie. - Nie mam u kogo mieszać! Mam 14 lat! Najbliższa rodzina mieszka 200 km stąd...
- Przecież możesz tu mieszkać! Mama na pewno się zgodzi...! Już traktuje cię, jak członka rodziny! Przecież spędzasz tu tyle czasu
- Kochanie uspokój się… Będzie lepiej, jeśli tam pojadę… Zobaczysz będzie dobrze… - byłam załamana, więc uspokajanie jej, nie wychodziło mi za dobrze.
- Proszę, nie zostawiaj mnie…- szepnęła łamiącym się głosem.
- Nie zrobię tego,obiecuję. Będę tu często przyjeżdżać i zapraszać cię do siebie – uśmiechnęłam się, mimo że po moich policzkach nadal spływały łzy. – Nie zapominaj, że to miasto, o którym obie zawsze marzyłyśmy – Londyn…
- Teraz go nienawidzę, bo zabiera mi ciebie…
- Nie zabiera, ale wypożycza… Zobaczysz wszystko się ułoży, jeszcze będziemy się śmiały z tego wszystkiego – mówiłam pogodnym głosem, chociaż psychicznie czułam się strasznie. Jednak nie chciałam załamywać mojej przyjaciółki, która zdawała się być w gorszym stanie niż ja.
- Czyli wyjeżdżasz za miesiąc? – zapytała podciągając nosem.
- Tak, zaraz po zakończeniu roku szkolnego…

Mimo tego, że mam tutaj przyjaciół, cały czas tęsknie, których zostawiłam w Polsce. Niby mam z nimi kontakt, ale to nie to samo… Oni mają już inne problemy i znajomych niż ja... Nasze rozmowy są bardzo drętwe... Jedynie z [T.I] utrzymałam dobry kontakt...

Siedziałam z rodzicami w barze na lotnisku. Zawsze tam czekaliśmy na samolot, kiedy lecieliśmy na wakacje. Chciałam myśleć, że tym razem też tak jest, ale nie potrafiłam się już dłużej oszukiwać. To były ostatnie chwile w miejscu, które kocham najbardziej – Polsce. Nadal miałam na sobie strój galowy, ponieważ dopiero, co obyło się zakończenie roku szkolnego w moim gimnazjum. Nie miałam czasu na przebranie się, od razu musiałam jechać z rodzicami na lotnisko.
Nagle usłyszałam, że ktoś krzyczy moje imię. Na początku zignorowałam to, ale głos był coraz bliżej i wydawał mi się bardzo znajomy. Rozejrzałam się wokół siebie i… omal nie dostałam zawału. Moja najlepsza przyjaciółka przepychała się przez tłum znajdujący się na lotnisku, nawołując mnie. Nie mówiąc nic rodzicom, pobiegłam do niej.
- Co ty tutaj robisz?! – powiedziałam, gdy znalazłam się przy niej.
- Chce… Przepraszam,chcemy się pożegnać… -
- Przecież się żegnałyśmy! Mówiłam ci, że nie chcę ckliwych pożegnań na lotnisku!
- Ale nie pożegnałaś się ze wszystkimi…
- Co? – spytałam zdenerwowana. -  Nie rozumiem cię.
- Chodź… - dziewczyna złapała mnie za rękę i pociągnęła w kierunku zachodniego wyjścia. Nie było tam prawie nikogo, oprócz… moich znajomych. Wszyscy czekali tam na mnie. Kiedy ich zobaczyłam do oczu zaczęły mi napływać łzy. Byłam taka szczęśliwa, że tak wielu ludziom na mnie zależało. Z wieloma osobami nie utrzymywałam już kontaktu, ale oni i tak przyszli mnie pożegnać… To było cudowne.
- Nie płacz głupia,tylko ich przytul. Oni przyszli tu dla ciebie…- szepnęła [T.I.] i szturchnęła mnie łokciem w żebro. Sprowadziło mnie to na ziemię, więc zaczęłam się żegnać po kolei z każdym. Nie wiem, jak długo to trwało, ale po pewnym czasie przyszli moi rodzice, żeby mnie zabrać na samolot. Na szczęście udało mi się pożegnać z prawie wszystkimi. Została tylko [T.I.]
- Dziękuję, że ich sprowadziłaś. Jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie – szepnęłam, przytulając ją.
- Nie ma o czym mówić. Chcę, żebyś była szczęśliwa.
- Nie będę się z tobą żegnać, bo my mimo wszystko zostaniemy przyjaciółkami…
- Na zawsze… - po chwili dziewczyna zaśmiała się. – Nie zapominaj, że obiecałaś mi wycieczkę do Londynu!
- Nie zapomnę! Już możesz się zacząć pakować! – uśmiechałam się. – Teraz muszę iść kochanie, bo z Londynu nici…
- Do zobaczenia…
Z trudem oderwałyśmy się od siebie. Jeszcze raz spojrzałam na tych wszystkich, który przyszli się zemną pożegnać i poszłam z rodzicami na samolot…

Początki były ciężkie, ale udało mi się przezwyciężyć trudności i zacząć żyć pełnią życia. Przełomowym momentem były porządki. Pozbyłam się rzeczy, które wywoływały u mnie łzy. 
 Wszystkie zdjęcia, pocztówki, podarki i inne przedmioty związane z moim życiem w Polsce schowałam do wielkiego pudła i włożyłam pod moje łóżko. Zostawiłam tylko jedną fotografię. Przedstawiała ona moją starą klasę. To do niej chodzili moi najlepsi przyjaciele, którzy teraz są ode mnie oddaleni o ponad tysiąc kilometrów.Oprawiłam to zdjęcie w ramkę i postawiłam na swojej szafce nocnej. Nie chciałam tracić kontaktu z tamtymi ludźmi. Oni nadal byli dla mnie bardzo ważni. Nie miałam zamiaru przekreślać tego wszystkiego, co przeżyłam w Polsce. Jednak zrobiłam te porządki, żeby zacząć nowe życie z czystym sumieniem.
To wtedy zrozumiałam, że muszę wykorzystać to, że mieszkam w mieście moich marzeń - Londynie...
Moje rozmyślania przerwało skrzypienie łóżka i głos [T.I]
- [I.T.N.P.]...? Czy to wszystko mi się śniło, czy to jest prawda...?


Ciąg dalszy nastąpi...


Napisała E...

PS. Mam nadzieję, że się spodobało. Postaram się dodać następną część, jak najszybciej:) 
PSS. Jak Wam minęły Święta i koniec roku?:D




wtorek, 27 listopada 2012

Imagine - Zayn (XIV-->XII PART 2)

Wróciła córka marnotrawna. Na wstępie chciałabym, Was przeprosić. To nie miało, tak wyglądać... Ale los chciał inaczej...
Jestem zdania, ze należą się Wam jakieś wyjaśnienia... Zdaję sobie sprawę, że możecie mi nie wybaczyć tego wszystkiego, ale muszę powiedzieć choć parę słów... Jak wiecie na początku miesiąca miałam mieć operację, która się nie odbyła. Nie wiem, kiedy ona się odbędzie, ale nie śpieszno mi na stół operacyjny:) To dlaczego przestałam pisać? Sprawa jest prosta i dotyczy zapewne wielu z Was. Uzależniłam się od komputera. Przestałam mieć czas na cokolwiek innego, moje oceny były coraz gorsze, kłóciłam się co chwilę z rodzicami. To oni powiedzieli "dość" i zaczęli mi dawkować komputer. Po jakimś czasie było lepiej, ale mimo to nie wchodziłam tutaj. Nie chciałam się kusić. Teraz jest już dobrze, ale nadal uważam, ponieważ nie chcę powtórki z rozrywki.
Przepraszam, Was jeszcze raz... Nie zasługuję, żeby tutaj pisać... X i B mi zaufały, a ja je zawiodłam... Od początku wydawało mi się, że nie powinno mnie tu być, a teraz utwierdziłam się w tym przekonaniu...

Napisałam drugą część Zayna:) Dodaję razem z pierwszą, tak dla przypomnienia;)




-Oczami [T.I.]-

Czekałam w korytarzu przychodni na badania. Nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, więc chodziłam z jednego końca pomieszczenia do drugiego. Jest do dość powszechny widok u lekarza, dlatego nikt nie zwracał na mnie uwagi. Poprawka, prawie nikt. Od pewnego czasu czułam na sobie spojrzenie pewnego chłopaka. Odkąd wszedł do przychodni, uważnie mi się przyglądał. W normalnych okolicznościach denerwowałoby mnie to, ale byłam zbyt zestresowana, żeby zaprzątać sobie tym głowę.
- Nie męczy cię to?-zapytał nagle mój obserwator. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. Miał ciemniejszą karnację i czarne włosy, które świetnie z nią współgrały. Znałam go, ale nie miałam pojęcia skąd.-Chodzisz, tak odkąd tu przyszedłem. Ale zapewne jesteś już tutaj od dawna.
Przyjrzałam mu się dokładniej i próbowałam przypomnieć sobie skąd go znam. Zauważyłam, że chłopak ma obwiązaną szyję szalikiem, więc wywnioskowałam, że przyszedł tutaj w sprawie chorego gardła
- Niektórzy przychodzą tutaj z większymi problemami, niż z lekkim kaszelkiem-powiedziałam jadowicie. Właśnie miałam wrócić do swojego "spaceru", ale on nie dał za wygraną.
- Jeśli ten "lekki kaszelek" sprawia, że nie mogę zarobić na życie, to jest to dość duży problem, nie uważasz?-zapytał retorycznie.- Ale pewnie ty przeżywasz, jakiś większy dramat. Zaszłaś w nieplanowaną ciążę, prawda?
- Niestety muszę cię zasmucić-wygięłam usta w podkówkę.- Nie jestem w błogosławionym stanie. Wiem, że żałujesz, bo nie zostaniesz wujkiem... Ale nie martw się, jak zajdę w ciążę to będziesz pierwszą osobą, której powiem!-mrugnęłam do niego.
Chłopak chciał coś powiedzieć, ale zawołała mnie lekarka. Nie oglądając się na niego, podeszłam do niej, żeby porozmawiać o zbliżającej się operacji, która być może uratuje mój wzrok. Kiedy się wszystkiego dowiedziałam i chciałam odejść, ktoś położył rękę na moim ramieniu. Natychmiast się odwróciłam i stanęłam twarzą w twarz z moim obserwatorem.
- Podsłuchiwałeś...?-bardziej stwierdziłam, niż spytałam.
- Przepraszam... Nie wiedziałem...-powiedział, spuszczając oczy.-Zachowałem się, jak dupek
- Z tym to się akurat zgodzę-powiedziałam, posyłając mu serdeczny uśmiech. Nie potrafiłam się długo gniewać na innych, nawet na nieznajomych.
- Masz taką tak poważną operację, a masz jeszcze nastrój żartować?-spojrzał głęboko w moje oczy. Miał piękne czekoladowe tęczówki, w których utonęłam. Myśl o tym, że nie długo mogę nie doświadczać podobnych doznań była nie do zniesienia.
- A co mam zrobić? Zabić się?-zapytałam retorycznie.- Już przywykłam do myśli, że niedługo prawdopodobnie nie będę nic widzieć, więc staram się wykorzystać czas, który mi pozostał...-spuściłam wzrok, a po policzku spłynęła pojedyncza łza. On to zauważył, więc chwycił delikatnie mój podbródek i podniósł go tak, żebym ponownie spojrzała mu w oczy. Staliśmy tak zastawiając cały korytarz, dopóki jakaś staruszka nie chciała przejść koło nas. Odsunęłam się od chłopaka, przepuszczając starszą panią. Chciałam wychodzić z przychodni, ale czyjaś ręka złapała mnie w tali. Należała ona do mojego obserwatora, który obrócił mnie tak, że stałam dokładnie na przeciwko niego.
- Jestem Zayn, a ty?
- [T.I.]
- Ładnie...-gdy wypowiedział te słowa, zarumieniłam się.- Dasz się zaprosić gdzieś, w ramach przeprosin za tamto?
- Dobrze, ale powiesz mi coś o sobie... Wydajesz mi się znajomy...-przyjrzałam mu się badawczo, a on tylko zaśmiał się krótko, chwycił mnie za rękę i wyciągnął z budynku. Mulat zaprowadził mnie na parking, na którym stał jego samochodu. I to nie byle jaki. Nigdy nie widziałam takiego z bliska, a co dopiero jechała takim...
- Zdziwiona?-zapytał, kiedy wsiedliśmy do auta.
- Trochę... Boże Zayn, kim ty jesteś, że cię stać na takie rzeczy? Jakimś mafiozo, czy co?
- A wyglądam ci na takiego?-odpowiedział pytaniem i śmiesznie poruszył brwiami.
- Nie... Chociaż jakby się tak zastanowić...-uśmiechnęłam się do niego słodko.- To gdzie mnie pan zabierze, panie...-spojrzałam na niego pytająco.- Jak ty się w ogóle nazywasz?
W aucie zapadła nieprzyjemna cisza. Chłopak odwrócił wzrok, odpalił samochód i wyjechał z parkingu. Nie miałam pojęcia, dlaczego nie chce mi nic powiedzieć o sobie. W mojej głowie zaczęły się pojawiać straszne obrazy. To nie był pierwszy raz, kiedy moja bardzo bujna wyobraźnia przerażała mnie. Zaczęłam oglądać zmieniający się krajobraz za oknem, żeby przestać o tym myśleć
- ...Malik. Zayn Malik.- niespodziewanie chłopak się odezwał. Natychmiast odwróciłam się i przyjrzałam się mu. No tak, wszystko pasuję, jak mogłam go nie rozpoznać...? Byłam w wielkim szoku, nie potrafiłam nic siebie wydusić, wpatrywałam się z osłupieniem na chłopaka. On zauważył to kątem oka i zacisnął mocniej ręce na kierownicy, jakby chciał dzięki temu się uspokoić- Proszę cię tylko, nie rób nic głupiego...
- Dlaczego miałabym zrobić coś głupiego?-spytałam zdezorientowana.
- Nie jesteś fanką...?-zapytał zdziwiony i spojrzał na mnie, a ja ponownie utonęłam w jego czekoladowych tęczówkach.
- Po raz kolejny dzisiaj, muszę cię zmartwić... -uśmiechnęłam się szeroko.
- To skąd mnie znasz?
- Czy muszę być Directionerką, żeby cię znać? Wystarczy, że moja najlepsza przyjaciółka nią jest...-dodałam pod nosem. Mulat zaśmiał się krótko.
- I co pewnie masz jej dość?
- Nie... Przecież nie mówi o was bez przerwy. Wróć, jednak mówi
- Nie tylko ona-mrugnął do mnie.
- Panie Próżny, weź się skup na drodze, jasne?
- Ooo... Zaskoczyłaś mnie-uśmiechnął się zadziornie- Ciekawy jestem, ile jeszcze wiesz...
- Dużo... Zdecydowanie za dużo...-chłopak zaśmiał się.- Od dawna próbuje mnie przekonać do was -przewróciłam oczami.
- Czyli, nie za bardzo jej to wychodzi
- Gdybyś w kółko słuchał o jednym, to też byś stracił cierpliwość...
- To nie byłoby takie złe... W końcu ona mówi też o mnie...-uśmiechnął się łobuzersko.
- Źle się wyraziłam. Kiedy twój przyjaciel nawija tylko o jakiejś aktorce, to w końcu masz dość i zaczynasz ją nienawidzić. Nie masz na to wpływu...
- Zawsze możesz się do niej przekonać...-westchnął.- Ej poczekaj! Nienawidzisz nas?!
- Nie wiem, czy można to tak nazwać...-udałam zamyśloną.- To że mam odruchy wymiotne na wasz widok, przecież nie oznacza nienawiści, prawda?-uśmiechnęłam się zadziornie.
- A gdyby nie twoja przyjaciółka, lubiłabyś nas?
- Pewnie bylibyście mi obojętni-wzruszyłam ramionami.- Albo bym was nie znała. Nie jestem typem dziewczyny, którą kręcą boysbandy...
- Szkoda...-mruknął pod nosem.-Już jesteśmy-powiedział, parkując samochód.- Pomyślałem sobie, że zabiorę cię gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać.
- Jak miło...-uśmiechnęłam się słodko i wysiadłam z auta.

Znajdowaliśmy się koło jednego z moich ukochanych miejsc w Londynie-Hyde Parku. Po chwili Malik chwycił moją dłoń i zaprowadził mnie do jednej z restauracji. Była to włoska knajpa. Gdy weszliśmy do niej zachwyciło mnie jej piękno. Do oczu napłynęły mi łzy, ponieważ niedługo może nie będę doświadczać takich doznań. Opuściłam głowę, żeby ukryć mój smutek, jednak Zayn zauważył to. Usiadłam przy stoliku, który mi wskazał, ale on nie poszedł w moje ślady, tylko przykucnął przy moim krześle i złapał mnie za rękę.
- Hej, co się stało? -spytał, ścierając drugą dłonią łzę z mojego policzka.- Chodzi o operację, prawda? Mi możesz powiedzieć...-spojrzałam w jego brązowe oczy. Było w nich coś, co sprawiało, że zaczęłam się mu zwierzać.
- Od dziecka miała problemy ze wzrokiem. Nie widziałam, co nauczyciel pisał na tablicy, kiepsko radziłam sobie ze sportem. Jednak lekarze nie stwierdzili niczego groźnego. Jakiś czas temu okazało się, że grozi mi utrata wzroku. Gdyby wcześniej to zdiagnozowano, może nie byłoby z moimi oczami tak źle. Przeszłam już 4 operacje, ale one niewiele dały... Niedługo będę miała następną. W tej pokładane są największe nadzieje. Jeśli ona się nie uda, przestanę widzieć...-te ostatnie zdanie powiedziałam szeptem. Zayn przytulił mnie mocno i pozwolił, żebym się wypłakała.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz...-szepnął mi po dłuższej chwili do ucha.
- Ja już straciłam nadzieję...
- Co?!-spojrzał mi głęboko w oczy- Nie wolno ci tak mówić! Nie stracisz swojego wzroku!
- Mam nadzieję, że masz rację...-uśmiechnęłam się słabo.
- Ja jestem tego pewien. Głodna?
- Jasne...
Tego wieczora nie wróciliśmy do tematu mojej operacji. Rozmawialiśmy o sobie, marzeniach, planach. Zachowywaliśmy się, jak para najlepszych przyjaciół i poruszyliśmy każdy temat. Diametralnie zmieniłam swoje zdanie o Zaynie. Był on fajnym facetem, a nie próżnym burakiem. Nie chciałam, żeby nasz kontakt się urwał. I tak też nie było. Przez cały miesiąc, spotykaliśmy się, jak najczęściej, pisaliśmy ze sobą SMSy, rozmawialiśmy godzinami... Poznałam resztę One Direction, mimo że bardzo ich polubiłam, to Malik był dla mnie najważniejszy. Powoli zakochiwałam się w nim, jednak nie wiedziałam, czy on czuje do mnie to samo. Sielankę przerwała zbliżająca się operacja, która miała się odbyć w Dublinie, ponieważ moi rodzice chcieli mnie zawieść do najlepszego specjalisty. Oni robili dla mnie wszystko, mimo że nie mieszkałam już z nimi.
Tuż przed wylotem napisałam do Zayna SMSa. Chłopak nie wiedział prawie nic o moim zabiegu. Zaraz po tym wyłączyłam komórkę i weszłam na pokład samolotu.


-Oczami Zayna-

Rano obudził mnie SMS. Zaspany wziąłem z szafki przy moim łóżku telefon, żeby sprawdzić kto do mnie napisał. Była to [T.I.]...


Zayn... Dzisiaj wylatuję do Dublina, a jutro mam operację. Dziękuję Ci za ten miesiąc, to był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Niedługo znowu się zobaczymy, znaczy Ty mnie zobaczysz...

Czytałem wiele razy tą wiadomość, ale jak na złość nie docierała ona do mnie. Zszedłem do salonu, w którym siedziała już reszta
- Chłopaki...-powiedziałem, przegryzając dolną wargę.- Musicie mi pomóc...

-Oczami [T.I.]-

Po operacji budziłam się wiele razy, jednak prawie od razu zasypiałam. Chociaż spałam bardzo długo, cały czas byłam zmęczona. Uczucie potęgowały opatrunki, które założono mi na oczy, ponieważ całkowicie zasłaniały mi dostęp do światła. Nawet nie zastanawiałam się, czy rzeczywiście jest to ich wina. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że oślepłam. Nie chciałam robić scen. Dopiero za którymś razem obudziłam się wypoczęta. Leżałam przez chwilę nieruchomo, kiedy usłyszałam dwa głosy. Jeden należał do mojego lekarza, a drugi też wydawał mi się znajomy. Byłam taka szczęśliwa, gdy go rozpoznałam. Jednak po chwili uznałam, że osoba do której mógłby on należeć jest wiele kilometrów stąd. Zachciało mi się płakać. Żeby się uspokoić, podniosłam prawą rękę i dotknęłam nią opatrunków. To głupie, ale zawsze tak robiłam po operacjach. Poczułam, jak czyjaś dłoń chwyta moją. Do mojego serca znowu zawitała nadzieja
- Zayn...?-szepnęłam.
- Jestem tutaj...-podniósł moją rękę do ust i delikatnie ją pocałował.- Tak się bałem... Nigdy nie rób mi tego więcej-mówił łamiącym się głosem, który z każdym słowem przechodził w szept.- Proszę...
- Jakim cudem?
- Czy to ważne?-odpowiedział pytaniem.-Jestem przy tobie i zawsze będę-zachciało mi się płakać, tym razem ze szczęścia. Jednak przez te głupie opatrunki nie mogłam. Dotknęłam dłonią jego twarzy. Wyczułam palcami, że był nieogolony i miał podkrążone oczy.
- Jesteś zmęczony... Jak długo już tu siedzisz?
- To nic...-chwycił moją rękę i przycisnął do swoich ust.
- Powinieneś odpocząć
- Nie zostawię cię!-znałam ten ton głosu. Jemu nie można się sprzeciwiać
- To chociaż...-nie dokończyłam, ale on wiedział o co mi chodzi. Położył delikatnie głowę na moim łóżku, tak że lekko dotykała mojego brzucha. Jedną ręką trzymałam jego dłoń, a drugą bawiłam się jego włosami. Po jakimś czasie zasnęłam, ponieważ nadal byłam mocno osłabiona po operacji.
Obudziłam się, kiedy pielęgniarka zmieniała mi kroplówkę. Głowa Malika leżała tam gdzie wcześniej, więc wywnioskowałam, że śpi. Znowu zaczęłam się bawić jego włosami, ponieważ odprężało mnie to.
- Wreszcie kochanie...-usłyszałam głos mojej mamy.- Baliśmy się o ciebie.
- Nie wiedzieliśmy, dlaczego tak długo się nie budzisz-powiedział tata.-Już niedługo będzie obchód, a ty cały czas spałaś.
- Ja się budziłam już parę razy... -mówiłam cicho, żeby nie obudzić Zayna.-Czy operacja się udała?
- Nie wiemy. Wszystko okaże się, kiedy ci zdejmą opatrunki. Ale lekarze są dobrej myśli-dodał pokrzepiająco mój ojciec.
- Wtedy też byli...-uśmiechnęłam się słabo.- Wiecie, co... Ja pójdę spać, jestem zmęczona...

- Jasne córciu...-mama podeszła do mnie i pocałowała mnie w czoło.- Gdyby coś to wołaj, będziemy w bufecie.
- Chyba nie będzie to potrzebne... Ona ma już obstawę-powiedział tata, który zapewne miał na myśli Zayna, który cały czas spał przy moim boku
Rodzice wyszli, a ja próbowałam zasnąć. Nie udawało mi się to, ponieważ zaczęłam myśleć o operacji. Czułam, że ona się nie udała i oślepłam. Już nigdy nic nie zobaczę... Ta myśl była nie do zniesienia. Nagle głowa Malika się podniosła
- Jak się czujesz słońce?-spytał zaspanym głosem.
- Ja oślepłam, prawda? Tylko powiedz mi prawdę...
- O czym ty mówisz?! Operacja się udała!
- Nie kłam, proszę... Ja to czuję...
- [T.I.]... Nie kłamię... -chwycił moją dłoń i przyłożył ją sobie do klatki piersiowej.- Przysięgam...
- Przepraszam pana, ale muszę dostać do pacjentki-usłyszałam głos mojego lekarza. Mulat natychmiast się odsunął, puszczając moją rękę. Poczułam się zupełnie sama.
- Doktorze, czy...-nie potrafiłam dokończyć, ale mój rozmówca i tak zrozumiał o co mi chodzi.
- Zaraz się okaże...-zaczął delikatnie ściągać moje opatrunki. Ze strachu zacisnęłam oczy, które i tak miałam zamknięte, jeszcze bardziej. Poczułam delikatne szarpnięcie, kiedy ostatnie plastry zostały zdjęte z mojej twarzy.- Otwórz oczy
Chwilę się wahałam, ponieważ chciałam zostać w słodkiej nieświadomości chociaż przez minutę. Jednak przypomniało mi się, że wszyscy czekają na mój ruch, więc delikatnie podniosłam powieki. Uderzyła mnie fala światła, dlatego podniosłam rękę i osłoniłam oczy. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie co to oznacza.
- Ja widzę...-szepnęłam zdumiona. Zaczęłam powoli mrugać, żeby przystosować swoje oczy do światła. Po chwili zauważyłam mojego lekarza, który siedział na moim łóżku oraz stojących za nim rodziców i Zayna.
- Mówiłem ci, ale ty nie wierzyłaś...-powiedział Mulat i lekko się uśmiechnął.
- Bo to byłoby zbyt piękne...-odwzajemniłam jego uśmiech. Mój okulista chrząknął znacząco, a ja zarunieniłam się, przez co mój tata parsknął śmiechem.
- Może najpierw sprawdzę, czy wszystko w porządku, a potem porozmawiacie-okulista zaczął badać moje oczy. Trwało to dość długo, ale nie okazywałam zniecierpliwienia, ponieważ chciałam dla mojego wzroku, jak najlepiej. Nie wyobrażałam sobie kolejnych operacji.- Masz wielkie szczęście.-spojrzałam zdziwiona na niego.- Będę szczery. Kiedy przyjmowałem cię na oddział, myślałem, że nie masz szans na uniknięcie ślepoty. Jednak zabieg się udał, więc jeśli będziesz przez jakiś czas szczególnie dbać o siebie to twoje oczy zupełnie wyzdrowieją. Nie będziesz musiała już nosić soczewek, nie przejdziesz kolejnej operacji...-nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. To było zbyt piękne... Do moich oczu napłynęły łzy szczęścia.

- Doktorze, kiedy będzie mogła wrócić do domu?-wtrąciła się moja mama.
- Chciałbym ją zostawić na noc na obserwacji, ale jutro rano dostanie wypis.
- Czyli niedługo wracam do domu...?-zapytałam z nadzieją.
- Tak, ale nie powinnaś latać samolotem przez jakiś czas. I oczywiście musisz mieć zapewnioną opiekę, bo nie możesz się nadwyrężać.
- O to się proszę nie martwić, mamy już wszystko ustalone-nagle odezwał się Malik, a ja spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. Chłopka przegryzł dolną wargę i odwrócił on ode mnie wzrok.
- Skoro tak, to jutro będziesz mogła wrócić do domu.-uśmiechnął się i zwrócił się do moich "gości".- Przepraszam, ale już późno, więc byłoby lepiej, żebyście państwo już poszli...
- Jasne, to o której jutro przyjść?-zapytał mój tata.
- O 10:00 [T.I.] powinna mieć już wypis
- To pa kochanie...- mama podeszła do mnie i pocałowała mnie w czoło
- Trzymaj się!-powiedział tata, wychodząc razem z mamą z sali.
- Zaraz przyjdzie pielęgniarka, założyć ci nowy opatrunek.-lekarz wstał i zaczął zmierzać w stronę drzwi.- Panie Malik, proszę nie...niepokoić pacjentki za długo. Jutro ją pan dostanie z powrotem-powiedział, wychodząc z sali. Zostaliśmy sami, więc Zayn usiadł tuż koło mnie na łóżku.
- Tak się cieszę...-mówiąc wplótł swoją dłoń w moją.
- Ja też...-oparłam się o jego ramię. Dla wielu ludzi zachowywaliśmy się, jak para, którą nie byliśmy i nie będziemy...nigdy... W moich oczach pojawiły się łzy, co nie umknęło uwadze chłopaka.
- Co się stało?
- Nie martw się. To łzy szczęścia...-nie wydawał się przekonany, więc delikatnie się uśmiechnęłam, żeby go przekonać.
- Niech ci będzie...-westchnął i przytulił mnie.
- Zayn... Idź już. Musisz odpocząć
- Nie musz...
- Proszę-przerwałam mu i spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem. On westchnął i pocałował mnie w czoło.
- To do jutra, piękna-powiedział wychodząc z sali.
- Pa...- zostałam zupełnie sama. Jednak nie na długo, ponieważ po chwili do sali weszła pielęgniarka z jedzeniem.


~Parę dni później, Londyn~

- Witaj w domu-powiedział Zayn, stawiając moją walizkę w korytarzu.
- Nie musiałeś tego robić...-spojrzałam na niego zza przeciwsłonecznych okularów, które teraz miałam nosić, żeby nie narażać za bardzo moich oczu.
- Ale chciałem...-wzruszył ramionami.- To może pokażę Ci, co i jak...
- Zayn....-złapałam go za przegub dłoni.- Dlaczego to zrobiłeś? Najpierw przyjeżdżasz do szpitala, potem zawozisz mnie do Londynu samochodem, który nie wiadomo skąd wytrzasnąłeś, a teraz to
- Chcę dla ciebie, jak najlepiej
- Mogłeś mnie zawieść do rodziców, tam też byłoby mi dobrze-moje słowa zupełnie się nie zgadzały z tym, co naprawdę myślałam. Pragnęłam mieszkać u Malika, ponieważ to dawało mi nadzieję, że on odwzajemni moje uczucia
- Przecież spodobał im się ten pomysł-Mulat unikał mojego wzroku.- Nie widzę problemu
- Ale ja widzę, Zayn! Coś ty im powiedział?
- Nieważne-przegryzł dolną wargę.- A teraz chodź-chwycił mnie za rękę i zaprowadził na górę. Poszliśmy do pokoju gościnnego, w którym spałam wiele razy, więc czułam się tam, jak w domu.- Twoje rzeczy już tu są, dlatego nie będziemy musieli po nie jechać...
- Grzebałeś...w...moich...rzeczach-wycedziłam. Trzymałam tam swój pamiętnik... Wolałam nie myśleć, co by się stało, gdyby on go przeczytał.
- Nie...! Twoi rodzice mają klucze do twojego mieszkania, więc je przywieźli-zaczął się gorączkowo tłumaczyć.- Nigdy bym tego nie zrobił! Przecież mnie znasz!-rzeczywiście znam go i wiem, że nie zrobiłby czegoś takiego. Cała złość uleciała ze mnie. Podeszłam do niego i pogłaskałam jego policzek.
- Dobrze, wierzę ci...-delikatnie się uśmiechnęłam a on przymknął oczy i wtulił się w moją dłoń. Przeze mnie przeszedł przyjemny dreszcz, więc speszona cofnęłam rękę i wbiłam wzrok w swoje stopy. W pokoju zapadła nieprzyjemna cisza.
- To rozgość się... Gdyby coś, będę u siebie-powiedział wreszcie Malik i zaczął zmierzać w kierunku drzwi.
- Jasne...
Chłopak wyszedł z pokoju, zostawiając mnie całkowicie samą. Byłam bliska płaczu, ponieważ uświadomiłam sobie, że zakochiwałam się w Zaynie coraz bardziej...i nic nie mogłam na to poradzić...


~Dwa tygodnie później~

- Tak, mamo czuję się już dobrze... Zayn bardzo o mnie dba-próbowałam przekonać, że wszystko u mnie dobrze, podczas rozmowy telefonicznej. Mama nie była podejżliwa, więc moje kłamstwo nie zostało odkryte. Co prawda, fizycznie czułam się świetnie. Jednak psychicznie byłam załamana.- Cieszę się, że między wami wszystko dobrze. Zayn to dobry chłopak. Jestem pewna, że dobrze trafiłaś- Mamo...? O co ci chodzi?-zapytałam zdezorientowana.- Jak to o co?! Przecież Zayn miał cię poprosić o rękę!- Co!?-wykrzyczałam do słuchawki.- Kochanie, proszę uspokój się. Przepraszam, że zepsułam ci niespodziankę, ale to było wiadome po sposobie, w jakim on cię traktuje- My nie jesteśmy parą...!-wydusiłam z siebie.- Jak to nie...? Nie gadaj głupot! Przecież on nam wszystko powiedział, kiedy ty byłaś w szpitalu- Mamo, jesteśmy tylko przyjaciółmi. Przysięgam.- Co?! To niemożliwe...- Ja muszę kończyć-przerwałam jej.- To do usłyszenia-rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź.
Położyłam się na łóżku, którego przez pierwszy tydzień po operacji praktycznie nie opuszczałam. Musiałam wszystko przemyśleć. Po jakimś czasie ktoś otworzył drzwi wejściowe. Wiedziałam, że to One Direction, bo była już 17:00, a o tej godzinie zespół miał wrócić ze studia. Wstałam z łóżka i zeszłam na dół. Wszyscy byli uśmiechnięci i mówili jeden przez drugiego. Splotłam ręce na piersiach i oparłam się o barierkę od schodów. Malik podszedł do mnie, żeby mnie przytulić, ale ja odepchnęłam go.
- Co jest?-zapytał zdezorientowany.
- Czemu okłamywałeś moich rodziców?!
- Nie wiem, o czym ty mówisz-spojrzał w bok i przegryzł dolną wargę.
- Nie zgrywaj niewiniątka!- warknęłam.- Miej przynajmniej odwagę, powiedzieć mi to wszystko.
- Oni by się nie zgodzili!
- Nie znasz ich... -wycedziłam i wróciłam do swojego pokoju.
Usiadłam na łóżku, schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Złość uleciała ze mnie, a teraz został tylko smutek i wstyd. Zrobiłam awanturę osobie, która jest dla mnie najważniejsza. Gdybym miała chociaż jakiś powód, ale on chciał tylko mojego bezpieczeństwa. Zawsze szybko się denerwowałam, ale to nie jest wytłumaczenie. Po jakimś czasie do mojego pokoju wszedł Zayn i usiadł koło mnie. Nie pukał, ale nie miałam mu tego za złe.
- Przepraszam, nie chciałem...-zaczął.
- To ja przepraszam. Nie potrzebnie się uniosłam-przerwałam mu, wycierając łzy wierzchem dłoni i spoglądając na Mulata.
- Ja...muszę ci coś wyznać...-chłopak kontynuował, nie zwracając uwagi na, to co powiedziałam.- Od zawsze byłaś dla mnie bardzo ważna... Ale nie potrafiłem ci tego powiedzieć... Jednak teraz nie potrafię tego ukrywać... Ja cię kocham...
- Zayn...-szepnęłam, będąc w szoku. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.
- Wiem, że pewnie nie czujesz tego samego, ale nie chciałam, żebyś wiedziała-chłopak urwał, wstał z łóżka i poszedł w kierunku drzwi.
- Ja ciebie też, ciołku!-krzyknęłam, kiedy wychodził z pokoju.
- Jak to...?-Zayn odwrócił się i podszedł do mnie parę kroków.- Myślałem, że...

- To źle myślałeś-uśmiechnęłam się delikatnie podeszłam do chłopaka i pogłaskałam go po policzku.
- Przecież to co mówiłaś na dole, świadczyło o czymś zupełnie innym
- Wolałam, nie mieć żadnych nadziei, niż nimi żyć...-powiedziałam spuszczając wzrok
- W tym się różnimy-zdjął moją dłoń ze swojego policzka i splótł nasze palce ze sobą. W momencie, kiedy podniosłam wzrok, poczułam jego usta na swoich. Zaskoczona odwzajemniłam pocałunek, więc zaczęliśmy się namiętnie całować. Po jakimś czasie niechętnie oderwałam się od niego.
- No, tak-zaśmiał się Mulat.- Muszę uważać, żeby cię nie uszkodzić
- Jeszcze trochę-uśmiechnęłam się słodko.
- Czy...
- Tak-przerwałam mu.
- Nawet nie wiesz, o co chciałem zapytać...!
- Tak, zostanę twoją dziewczyną
- Widzę, że masz ukryty talent...-nachylił się nad moim uchem i szepnął do niego.-...umiesz czytać w myślach... Ale nie martw się, nikomu nie powiem
- To będzie nasz sekret-zaśmiałam się.
- Ale nie chcę, żebyś ty była moim sekretem...-powiedział, po czym pocałował mnie delikatniej, więc tym nie musiałam tego przerywać.

Napisała E(która jeszcze raz bardzo przeprasza)

PS. Mam nadzieję, że przekupiłam Was tym imaginem:) Przepraszam jeszcze raz i błagam o wybaczenie...