Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 listopada 2012

Imagine - Liam (IX)

We are live in a yellow submarine, yellow submarine... Ups... Przepraszam, trochę mnie poniosło... Ostatnio mam fazę na tą piosenkę. Chociaż znam ją od roku dopiero teraz mnie napadało:) Może to dzięki dodatkowym lekcjom z moją anglistką;3 B ma mnie już dość, bo cały czas ją śpiewam-_- Pewnie niedługo mi przejdzie, więc...:D
Dzisiaj piszę ja, bo B przygotowuje się do konkursu;) Znowu nie przeczytała wymaganych książek, ale ja w nią wierzę, bo ostatnio dzięki streszczeniom przeszła do kolejnego etapu:) U nas w szkole skończył się trymestr, więc oceny wystawione... Teraz trzeba od nowa wypełnić dziennik-_-
Tym razem napisałam Liama... Nie jestem zadowolona, ale obiecałam X i B, że coś dzisiaj wstawię, a nie zdążę napisać nic innego... Pierwszy raz o nim pisze, więc wybaczcie mi, że jest taki słaby.




-[T.I.]! Wychodzimy!-zawołała z dołu moja mama. Niechętnie wzlokłam się z łóżka i zeszłam na dół. Usiadłam na schodach i zaczęłam ubierać trampki.
- Dziecko, jak ty wyglądasz?!-zdenerwowała się mama.- Nie jedziemy na kajaki, a nie na pokaz mody!
- Mamo, przecież mówiłaś, że nie muszę z wami płynąć-powiedziałam łagodnie mimo, że byłam na nią zła.-Poza tym...-spojrzałam na swoje ubranie(niebieskie jeansy, biały top i narzucona na niego, luźna czerwona koszula)), po czym skończyłam zawiązywać drugiego buta.-...to jedne z moich najwygodniejszych rzeczy...
- Ach, tak... Chyba rzeczywiście coś takiego mówiłam...-zastanowiła się moja rodzicielka.
- Jak to, [T.I.] nie będzie z nami płynąć?-powiedział mój młodszy brat, wyginając usta w podkówkę.
- Chodź tu do mnie...-rozłożyłam ręce, żeby przytulić chłopca. Nie wahał się on długo i po chwili znalazł się w moich ramionach.-[I.T.B.], przecież wiesz, że nie umiem pływać i boję się wody.
- Ja cię uratuję, jeśli będzie taka potrzeba!
- Dobrze, ale może innym razem...-zaśmiałam się, na słowa chłopca.- Dzisiaj bardzo chętnie sobie odpocznę na plaży... Ale obiecuję ci, że zaraz po kajakach zabiorę cię na lody! To jak umowa stoi?
Chłopiec pokiwał twierdząco głową, przytulił się do mnie mocno, ale po chwili wyrwał się z moich objęć.
- To, jak jedziemy?!-zaczął ciągnąć moją rękę, żebym wstała.- Nie mogę się doczekać!
-Lodów, czy kajaków?-zapytała z uśmiechem moja mama. Chociaż miałam z nią coraz gorszy kontakt, to mój brat sprawiał, że potrafiłyśmy się dogadać.
- Tego i tego! To będzie super dzień!-razem z mamą zaśmiałyśmy się krótko, po czym wzięłam chłopca za rękę i wyszliśmy z domu.
- Widzę, że humor wszystkim dopisuję...-zaczął mój tata.- I tak ma być!:)
Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy nad jedno z najbliższych jezior. Często tam jeździliśmy, ale dopiero niedawno odkryliśmy, ze można tam wypożyczyć kajaki. Całej mojej rodzinie podobał się ten pomysł z wyjątniem mnie, ponieważ przeraźliwie bałam się wody. Miałam tak od dzieciństwa, odkąd prawie się utopiłam podczas nauki pływania. Od tamtego czasu nie ma siły, która zmusiłaby mnie do jakiegoś głębokiego zbiornika wodnego. Chociaż miałam spędzić ten dzień na samotnym siedzeniu na plaży, to zapowiadało się przyjemnie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie byłam skłócona z mamą. Kiedyś jej mówiłam o wszystkim, teraz prawie o niczym. Parę razy próbowałam to zmienić, ale nie potrafię... Na szczęście zdarzają się takie chwile, jak teraz:) Zanim się zorientowałam, dojechaliśmy na miejsce. Usiadłam pod drzewem i zaczęłam czytać "Plotkarę" Cecily von Ziegesar(zainspirował mnie mój drugi mąż:)), podczas gdy moja rodzina przygotowywała się, żeby wypłynąć na kajaki. Lektura mnie tak zainteresowała, że nie zwracałam uwagi na otaczający mnie świat. Przerwałam tylko na chwilę, żeby pomachać na pożegnanie rodzicom i bratu, którzy wypływali na swoją pierwszą przygodę z kajakami. Wróciłam na swoje miejsce i zajęłam się poprzednią czynnością
- Witaj Czerwony Kapturku, co tam czytasz?-usłyszałam głos zza drzewa, przy którym siedziałam. Na jego dźwięk podskoczyłam i wyrzuciłam książkę z rąk, tak że wylądowała w najbliższych krzakach.-Przestraszyłem cię?- nagle przede mną pojawia się osoba, przez którą prawie dostałam zawału serca. Był to wysoki brunet, który wydawał mi się skądś znajomy, ale nie wiedziałam zupełnie skąd.-Przepraszam nie chciałem...-powiedział podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać. Kiedy udało mi się stanąć na nogach, chłopak podał mi książkę, którą rzuciłam w krzaki.
- Nie ma sprawy-uśmiechnęłam się delikatnie, przyciskając powieść do klatki piersiowej.
- Może się przejdziemy?
- Hmm... No nie wiem... Mama mi nie pozwala rozmawiać z nieznajomymi...-zrobiłam "niewinną" minę.
- Ale ja nie jestem nieznajomym... Chociaż w sumie to nim jestem...-zamyślił się.-...ale możemy to zmienić:) Jestem Liam..
- A ja [T.I.]-powiedziałam i ścisnęłam jego wyciągniętą rękę. Po czym przyjrzałam mu się bardzo dokładnie. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie z kim rozmawiam.- Nie musiałeś się przedstawiać. Wiem, kim jesteś-uśmiechnęłam się słodko.- Ale będziesz się musiał przyzwyczaić, że będę do ciebie mówiła Wilku...
- Dla ciebie Czerwony Kapturku, jestem do tego skłonny. To teraz będziesz chciała się ze mną przejść?
- Owszem-chłopak ujął moją dłoń i ruszyliśmy w stronę leśnej ścieżki.
Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu, oddychając świeżym powietrzem, o które trudno w wielkiej metropolii i napawając się pięknymi widokami. Przeszliśmy spory kawałek drogi, zanim któreś z nas się odezwało.
- Jesteś plotkarą?
- Nie... Dlaczego tak uważasz?-spytałam zdezorientowana.
- Przepraszam, tak tylko myślałem...-odwróciłam głowę w stronę chłopaka i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Liam zarumienił się lekko i odwrócił wzrok.- Bo...wiesz, ta książka, którą czytałaś...
Zaśmiałam się, gdy usłyszałam słowa, które padły z jego ust. Jednak po chwili opanowałam się, żeby nie robić mu przykrości.
- Liam, nie martw się, mi można zaufać. Nie obwieszczę całemu światu za pomocą twittera, że cię spotkałam...
- Nie chodziło mi o to, nie mam nic przeciwko, żebyś to zrobiła... Wiele dziewczyn by tak uczyniło... Ale po prostu nie lubię plotek...
- Ja też-uśmiechnęłam się delikatnie.- Ale mimo to jestem fanką "Plotkary". Książek, jak i serialu... Ale pomyśl racjonalnie, co bym miała tam napisać? Że jestem twoją dziewczyną? Przecież to by było jakieś szaleństwo. Ja nie jestem taka
- Przepraszam, nie chciałem...
- Nie jestem zła, nie mam przecież za co... Nie znasz mnie, więc sąd mogłeś wiedzieć, jaka jestem:) Może zmieńmy temat?
- Tak, to dobry pomysł-wreszcie chłopak się uśmiechnął.
- To może najpierw mi odpowiesz, co słynny Liam Payne z One Direction tutaj robi?
- Hah... Lubię to miejsce, jest takie ciche... Można odpocząć... Może usiądziemy?-nie czekając na moją odpowiedź, chłopak pociągnął mnie za rękę, którą cały czas trzymał, przez co usiadłam na ławce tuż obok niego.-Skąd mnie znasz?
- Szczerze...? Trudno cię nie znać. Razem z resztą jesteście wszędzie... Koszulki, bransoletki, lalki, szczoteczki do zębów... To już się robi dziwne... Mam małe pytanie, ale odpowiedz szczerze... Nie przeraża cię to?
- Trochę...-zaśmiał się krótko.-Ale to nie jest, tak że mamy dość. Kochamy naszych fanów...
- Wiem...-przerwałam mu.- Nie musisz mi się tłumaczyć... Tyle, że chyba każdego by coś takiego przerażało...
- Chyba tak...-chłopak uśmiechnął się delikatnie.- Skoro odpowiedziałem na twoje pytanie, to teraz odpowiesz na moje. Co tutaj robisz Czerwony Kapturku?
- Rozumiem, że oprócz zadawania się ze złymi Wilkami...-uśmiechnęłam się słodko.- Moja rodzinka przyjechała tu na kajaki...
- To czemu nie jesteś z nimi? Jeśli wolno spytać..
- Jasne, że wolno:) Od dzieciństwa boję się wody, znaczy dużych zbiorników wodnych, w których mogę się utopić... Poza tym często się kłócę z mamą, więc wolę nie narażać nas na utratę życia...-wypowiadając ostatnie zdanie, wpatrywałam się czubki swoich butów.
- To smutne, że się z nią kłócisz. Zawsze wydawało mi się, że matka z córką są ze sobą blisko.
- Kiedyś tak było, ale teraz jest zupełnie inaczej... Zdążyłam się już przyzwyczaić, więc nie
- Może uda ci się to jeszcze naprawić
- Wątpię...-przerwał mi dzwoniący telefon. Nie musiałam sprawdzać, kto do mnie telefonuje. Wiedziałam, że to moi rodzice wrócili z kajaków i teraz mnie szukają.- Liam, ja misze iść... Przepraszam...-wstałam, a on po chwili poszedł w moje ślady.
- Nie ma sprawy... Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy...
- Na pewno-uśmiechnęłam się szeroko i przytuliłam swojego Wilka.- Wiesz co...?! Idę zaraz z młodszym bratem na lody dołączysz się...
- Bardzo chętnie-uśmiechnął się, tak że nogi się pode mną ugięły.-Czuję się bardzo zaszczycony tym, że Czerwony Kapturek wreszcie zaufał Wilkow
Chłopak chwycił moją dłoń i zaczął iść w stronę przystani, ale ja nie ruszyłam się z miejsca, więc Liam przyciągnął mnie do siebie. Bardzo szybko się do siebie zbliżyliśmy i nasze usta się delikatnie musnęły, więc szybko odskoczyliśmy od siebie i spojrzeliśmy na siebie w osłupieniu.
- To może już pójdziemy-wyjąkałam.-Żeby nie czekali na nas za długo...
- To dobry pomysł...-powiedział chłopak po czym chwycił mnie za rękę i pociągnął, tym razem delikatniej, w stronę samochodu.


Napisała E
PS. Przepraszam, że ten imagine wyszedł mi taki nabazgrany, ale postaram się, żeby następny był lepszy:) Wybaczcie mi...



poniedziałek, 29 października 2012

Imagine - Harry (XII) --> Ciche zabójstwo:D

Taaa... Jak ja kocham być w takim stanie... Później podziękuję za to B... Dobra muszę się wziąć w garść i napisać coś normalnego!
B już napisała o mnie parę słów w poprzednim poście, więc ja nie będę tego robić;) Chyba trafiła z tym cichym mordercą, bo mam w planach zabójstwo. Ups... Nie powinnam tego mówić...
Przepraszam, że to wszystko jest takie pogmatwane, ale nadal jestem w szoku i nie umiem przez to normalnie myśleć. Najlepiej będzie jeśli przejdę do imagine, bo zaraz zacznę gadać/pisać jakieś dziwne rzeczy... Napisałam go jakiś czas temu i jest on częścią takiego większego opowiadania, dlatego zanim go wstawiłam, musiałam thochę nad nim popracować, żeby dało się go czytać;)


-POLSKA-

22 grudnia 2012
Znam One Direction, odkąd powstało. Poznałam ich, ponieważ byłam/jestem najlepszą przyjaciółką Zayna. Nie będę tu pisać, jak się poznaliśmy, to długa i pokręcona historia. Najważniejsze jest to, że nigdy gdy nie czułam do niego niczego więcej. Był dla mnie jak brat, którego nie miałam. To Harry zawsze mi się podobał. Tak, tak... Nikt inny tylko słynny Harold Edward Styles. Na początku znajomości nienawidziłam go, znaczy tak tylko mi się wydawało. Chociaż myślałam o nim, jak najgorzej to zawsze w moje serce biło innym rytmem, gdy go widziałam. A robiłam to często... Najpierw nie wiedziałam co się ze mną dzieję, dopiero potem uświadomiłam sobie prawdę. Zakochałam się w nim, a najgorsze było to, że z każdym dniem moje uczucie do niego było coraz silniejsze. Nauczyłam się z tym żyć, dlatego dzisiaj udaje mi się żartować z faktu, że nie jest stały w uczuciach i często przyprowadza sobie fanki na noc. Nie wie o tym prawie nikt. Jakiś czas temu powiedziałam Zaynowi. Nie wiem, czy był to dobry wybór, ale musiałam się komuś wygadać. Potem dowiedziała się Danielle - dziewczyna Liama. Teraz już była... Ale mimo to nadal utrzymuję z nią kontakt, nie tylko dlatego, że zna mój sekret...
Pochodzę z Polski. To tam mieszkają moi przyjaciele, którzy nie mają pojęcia, że znam 1D. To dlatego im nie powiedziałam, w kim ulokowałam swoje uczucia. Przez to, że jestem Polką i jeszcze chodzę do szkoły, nie mogę spędzać całego mojego czasu w Londynie. Szczerze mówiąc cieszę się z tego, ponieważ nie widuję Stylesa codziennie osobiście. Te wszystkie plotki na jego temat, które pojawiają się w gazetach bolą. Jednak nie aż tak, jak spotkania z “dziewczynami” Hazzy
Ale nie to najbardziej boli... Więc co? Obojętność Harry’ego w stosunku do mnie i fakt, że nie mam u niego szans... Bo ja zawsze będę tylko przyjaciółką.... Czasem wydaję mi się, że zachowuje się w stosunku do mnie, jakbym była kimś więcej... Ale wiem, że to tylko moja wyobraźnia płata mi figle...

Oderwałam długopis od kartki i cisnęłam go w najdalszy kąt pokoju. “Czym ja sobie na to zasłużyłam?! Dlaczego nie mogłam się zakochać w chłopaku, u którego mam chociaż minimalne szansę!?” Nie mogłam powstrzymać łez, które kapały na mój pamiętnik. Postanowiłam go prowadzić, ponieważ myślałam, że to mi pomoże. Na razie tylko pogarsza całą sytuację... Nie chciałam, żeby ktoś widział mnie w takim stanie, ale niespodziewanie moja mama weszła do pokoju. 
- Taksówka już czeka na dole... - mimo, że chciałam ukryć swoje łzy, moja rodzicielka, je zauważyła.- Co się stało, dlaczego płaczesz?
- Nic, nie martw się...-mówię ocierając oczy wierzchem dłoni. 
- Jesteś moją córką, jak mam się nie martwić...
- Proszę, nie pytaj... -zaczynam w pośpiechu pakować swoje rzeczy do torebki, nie zapominając o "pamiętniku".- Ja już pójdę, bo się spóźnię. To do zobaczenia! Wesołych Świąt!- całuję mamę w policzek i schodzę do taksówki.
- Pozdrów ciocię...-słyszę jej zrezygnowany głos, gdy wsiadam do auta. Macham jej na pożegnanie i odjeżdżam na lotnisko.

-LONDYN-

Lot minął bez problemowo, ale na lotnisku od początku mi coś nie pasowało. Zayn obiecał, że przyjedzie po mnie, ale tak się nie stało. Te Święta chciałam spędzić z moją ciocią, która mieszka tuż obok rodziny Malika, więc miałam się z nim zabrać. Muszę pojechać do domu chłopców sama. Nawet wolę taki obrót sprawy, ponieważ kocham podróżować londyńską komunikacją miejską... Kiedy docieram pod wille zespołu, moje złe przeczucie się jeszcze się nasilają. Pukam do drzwi i czekam, aż ktoś mi otworzy. Robi to Harry, który widząc mnie omal nie dostaje zawału.
- [T.I.]Co ty tutaj robisz?!-pyta zdenerwowany.
- Miałam pojechać z Zaynem do Bradford. Moja ciocia mieszka koło jego rodziny, pamiętasz?- mówię zdezorientowana.
- No tak... Coś sobie przypominam...-przesuwa się, żebym mogła wejść do domu.- Chodź, musisz coś wiedzieć
Przechodzę przez drzwi, zostawiam swoje rzeczy na korytarzu i idę do salonu
- [T.I.]...- zaczyna mówić Loczek.- Bo jest sprawa... Oni wyjechali wcześniej...
- Jacy oni? O czym ty mówisz?
- Wróciliśmy wczoraj rano, więc Zayn, Liam i Niall postanowili pojechać do rodziny wcześniej. Lou wyjechał jakąś godzinę temu. Mnie też miało nie być, ale coś mnie powstrzymało-uśmiecha się zadziornie 
- Harry, znowu? Nawet w Święta żadnej nie odpuścisz?-mówię to luźnym tonem, ale czuję się strasznie ”Czemu mi on to robi?! Ja nigdy nie będę miała szans na jakieś cieplejsze słowa, spojrzenie, gesty...”
- Co?! Jak mogłaś tak pomyśleć!? Nie jestem puszczalski!-mówi urażonym głosem.
- To w takim razie, co cię zatrzymało?-przewracam oczami.
- Zaspałem...
- Oczywiście...
Styles opiera się o framugę drzwi, w których stoi i krzyżuje ręce na piersiach.
- Nie wierzysz mi, a tak bardzo chciałem ci pomóc...
- Niech będzie... Wierzę ci. To jak załatwisz mi transport do Bradford?- pytam z nadzieją.- Będę twoją dłużniczką...
- Kusząca propozycja... Ale mam inny pomysł
- Boję się...
- To dobrze...-uśmiecha się, więc momentalnie moje nogi się uginają.-Pojedziesz ze mną...
- Gdzie?!
- Do Holmes Chapel-z twarzy Loczka nie schodzi uśmiech.-I nie chcę słyszeć sprzeciwu!

-HOLMES CHAPEL-

Z Harry’m Stylesem się nie dyskutuje... Zwłaszcza jeśli kochasz go do szaleństwa i zrobiłabyś dla niego wszystko...

- Co tam piszesz? Chcesz zostać pisarką?
Podskakuję na dźwięk jego głosu. Wiem, że to głupota pisać to wszystko, kiedy on siedzi koło mnie, ale nie potrafię się powstrzymać... Poza tym Hazza nie zna polskiego i prowadzi teraz samochód, więc nie zwraca na mnie uwagi... W sumie to on nigdy nie zwraca na mnie uwagi...
- Pracę na angielski...-kłamię. Nie umiem tego robić dobrze, ale on nie rozpozna, że go oszukuję.
- Zadali ci coś na Święta? Wiesz, że zawsze służę ci pomocą
- Poradzę sobie...-mówię pod nosem.
- Coś się stało? Uśmiechnij się! Jest 22 grudnia, za chwilę Boże Narodzenie!
„Tak, stało się. Głupia, uległam jego namowom i spędzę te Święta z jego rodziną... Nie musiał się za bardzo wysilać, żeby mnie nakłonić do tego. Jestem taka słaba... Mogłam wsiąść w byle jaki pociąg do Bradford, ale nie musiałam się zgodzić! Moja ciocia już wiedziała, że nie przyjadę. Chyba się trochę ucieszyła, bo może spędzić ten czas ze swoim nowym chłopakiem”
- Już jesteśmy...-wysiada z samochodu i po chwili otwiera drzwi po mojej stronie.
- Jak gentelman...-uśmiechnęłam się słodko.
- Przecież nim jestem-odwzajemnia mój uśmiech.- Zapraszam w moje skromne progi
Wchodzimy jak najszybciej do domu, ponieważ w każdej chwili mogą pojawić się fanki
- Już jesteśmy!-krzyczy.
U szczytu schodów pojawia się Gemma, a z kuchni wychodzi Anne
- Witajcie-przytulając nas.- [T.I.], co za miła niespodzianka. Nie wiedziałam, że przyjedziesz
- Ja też nie, ale Zayn o mnie zapomniał i on się uparł...-zerkam na Stylesa.
- Przecież się zgodziłaś...
- Ja się nie chcę narzucać. Jeśli będę przeszkadzać, to wyjadę
- Weź przestań z tym narzucaniem. Cieszymy się, że przyjechałaś.
- Chodź pokaże ci, gdzie będziesz mieszkać-mówi Gemma.
Wchodzę na górę, przytulam ją i idziemy do pokoju dla gości. Zawsze się przyjaźniłyśmy. Mówiłyśmy sobie dużo, ale ona nie wiedziała nic o mojej słabości do jej brata.
- Mam nadzieję, że ci wystarczy...
- Jest świetny. Przecież wiesz, że nie lubię przepychu...
- Dobrze, że przyjechałaś. Nie widziałyśmy się tyle czasu, wreszcie będziemy mogły pogadać;) To ja cię zostawiam samą...
Wychodzi z pokoju, a ja rzucam się z bezsilnością na łóżko.


25 grudnia 2012
Dzisiaj Boże Narodzenie... Mam mętlik w głowie, nie wiem co myśleć... Dopiero dzisiaj piszę, ponieważ byłam bardzo zajęta. Świetnie, nie udało mi się opisać chociaż dwóch dni po rząd... Chyba się do tego nie nadaję...
Tegoroczne Święta spędzam w domu Harry’ego. Co za ironia, nieprawdaż? Ale nie jest źle. Prawie cały czas nie ma go w domu. Zachowuje się bardzo dziwnie. Nie wiem, o co mu chodzi... Pierwszy raz widzę go takiego. Jednak szczerze mówiąc cieszę się, że tu przyjechałam. Tęskniłam za jego rodziną, to cudowni ludzie.
Szczerze mówiąc to się dziwie, że on mnie zaprosił. Przyjaźnimy się, ale nie jesteśmy ze sobą jakoś szczególnie związani. Resztę zespołu traktuję, jak braci. Jednak Harry był dla mnie zawsze przyjacielem. Coraz bardziej nie rozumiem jego zachowania

Ktoś puka do drzwi, więc przestaję pisać.
- Proszę...-mówię, a do pokoju wchodzi Anne.
- O, już nie śpisz. Mogłam przyjść tu od razu, a nie do Harry’ego:)
- Zawsze byłam rannym ptaszkiem, mimo że kocham spać... Mam takie sprzeczności w sobie;)
- Śniadanie już czeka. Ubierz się i zejdź
- Mogłaś powiedzieć, pomogłabym ci.
- Wczoraj już się napracowałaś przy kolacji-wychodzi z pokoju.
Wstaję z łóżka zostawiając mój pamiętnik otwarty, ponieważ nikt nie zna polskiego. To plus mojego pochodzenia. Kiedy już jestem ogarnięta, schodzę do salonu. Są tam, już wszyscy, nawet Hazza, który dziwnie na mnie patrzy. Jemy świąteczny posiłek i rozpakowywujemy prezenty. Każdy coś dostaje, nawet dla mnie się coś znalazło. Nagle rozdzwania się mój telefon
- Halo?-mówię do słuchawki.
- Hej piękna. Wszystkiego najlepszego! Przepraszam, że dzwonię dopiero teraz.
- Nie ma sprawy, przecież wy nie obchodzicie świąt, poza tym dobrze dzwonisz. Tylko w Polsce obchodzi się Wigilię
- To mnie nie usprawiedliwia. Znamy się tak długo, powinienem pamiętać. Jak tam ci?
- Dobrze...
- Wiem, ze jest ci trudno... Przepraszam, zawaliłem sprawę...
- Przestań przepraszać! Nie pozwalam ci się o nic obwiniać! Niczego nie zawaliłeś, po prostu los tak chciał.
- Niech ci będzie... Trzymaj się i pozdrów resztę. Do zobaczenia
- Pa...
Rozłączam się i odkładam komórkę, na stolik przed telewizorem.
- Macie pozdrowienia od Zayna...-zwracam się do reszty. Momentalnie Harry wstaje od stołu i wychodzi na dwór trzaskając drzwiami wejściowymi.-Co się stało?
Wpatruję się w resztę ze zdziwienie, ale oni uparcie milczą. Biorę swoją kurtkę i wybiegam na dwór. Jest przeraźliwie zimno, ale nie zwracam na to uwagi i biegnę przed siebie nawołując Loczka. Kiedy już zupełnie tracę nadzieje na odnalezienie go, przypomina mi się miejsce, w które raz mnie zabrał. Postanawiam tam pobiec. Już z daleka rozpoznaję znajomą sylwetkę
- Harry...-podchodzę do niego po cichu.
- Zostaw mnie!-odwraca się ode mnie, żeby ukryć łzy.
- Powiedz mi, co się stało...
- Co się stało?! Nie ma sensu i tak nie zrozumiesz...
- Skąd wiesz? Ja rozumiem wiele rzeczy...
- Nie wydaje mi się-odpowiada cierpko.- Ale dam ci szansę... Jeśli ci powiem, że się zakochałem to mi nie uwierzysz, prawda? Ale to fakt... Kocham kogoś, mimo że trwa to już długo, nie mogę zapomnieć...-odwraca się i patrzy mi głęboko w oczy.- Domyślasz się  o kogo chodzi?-jego zachowanie mnie zaskakuję do tego stopnia, że nie potrafię wydusić z siebie słowa. Stoję i wpatruję się, jak zahipnotyzowana w jego zielone tęczówki.- Tak, myślałem... [T.I.] kocham cię! Szkoda, że nie czujesz tego samego do mnie...-zaczyna się ode mnie odsuwać, ale powstrzymuję go.
- Skąd wiesz?
- Kochasz Zayna...
- CO?!
- Słyszałem, jak mówiłaś Dan, że jesteś zakochana, ale nigdy nie masz szans, żeby on uznał cię za kogoś więcej, niż przyjaciółkę.
- Skąd wiesz, że nie chodziło o ciebie?
- Bo on zawsze był dla ciebie ważniejszy, widać to było po twoich gestach, słowach... 
- Harry, zawsze traktowałam cię, jak kogoś więcej. Dlatego nie tego nie widziałeś. Patrzyłam na ciebie oczami zakochanej dziewczyny, moje kolana uginały się pod wpływem twojego głosu...-nie dokończyłam, ponieważ Styles wpił się w moje usta. Zaskoczył mnie tym, ale natychmiast odwzajemniłam. Nasze usta pasowały do siebie idealnie. Był to najbardziej magiczny pocałunek w całym moim życiu. Całowaliśmy się, dopóki nie zabrakło nam tchu, wtedy oderwaliśmy się od siebie z trudem. Chłopak przytulił mnie, a ja oparłam głowę na jego piersi.
- Kocham cię-szepnął mi do ucha.
- Ja ciebie też... Nie wiesz, ile czekałam na te słowa.
- Wiem, bo też na nie czekałem... Zostaniesz moją dziewczyną?
- Chyba znasz moją odpowiedź...-szepczę. Chłopak nachyla się nade mną i złącza nasze usta w pocałunku
- Ale się pozostali się zdziwią-mówi, kiedy odrywamy się od siebie.
- Zayn, wiedział...
- I Lou...
- Pewnie reszta, też się domyślała...
- No to nie będzie niespodzianki...-jego słowa sprawiły, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Staliśmy tak jeszcze długo, ponieważ żadne z nas nie chciało przerywać tej chwili. Do domu wróciliśmy już jako para.

31 grudnia 2012
No to jutro nowy rok... Czuję, że będzie on przełomowy...
Nie będę, tu już pisać... To straciło sens po tym, jak zostałam dziewczyną Harry’ego... Teraz nie muszę niczego ukrywać. Może kiedyś wrócę do pisania w tym zeszycie, ale mam nadzieję, że się nigdy tak nie stanie...


Napisała(wciąż będąca w szoku) E

PS. Obiecuję, że następny mój wpis będzie w miarę normalny;) Chociaż po mnie można się wszystkiego spodziewać...


niedziela, 14 października 2012

Imagine - Louis (IX)



No dobra, to ponieważ dawno nie było naszego Supermana to oto on! Taa daa! Hahaha! Wiecie, że ostatni imagine o Zaynie ma dokładnie 69 wejść??Hahah!
Już dawno zaczęłam pisać ten imagine i znalazłam w nim komentarz od X : JA:"Nie ważne...A jutro może rozdział, jak przestanę się kłócić z X, co do jego... oprawy stylistycznej...(tak chyba mogę to nazwać)" --> X*teraz pisze*"...i tak wiesz, że będzie po mojemu...masz ten rozdział napisać jak się umawiałyśmy!"--> B *odpowiedź dla X*"Przestań mi zaglądać w kopie robocze i zmieniać ich treść!!)" X---> 'Nigdy...!." Boże, wracam sobie do moich kopi roboczych, a tam ciągle notki od X, jak to powyżej...Ale i tak ją bardzo kocham :)O.o A i na koniec.. Chcę dodać, że mamy już 30 obserwatorów i już ponad 34 000 wejść:D Viva la Polish Directioners!!:D I proszę WAS jeszcze raz o rozgrzeszenie, bo się przy tym mega postarałam...

--------------------------------------------------------

Mieszkasz w Londynie od kiedy pamiętasz. Twoja rodzina przeniosła się tutaj z Polski kiedy miałaś zaledwie 5 lat, a teraz chodzisz już do liceum razem z kilkoma twoich współlokatorów. Pamiętasz jak było trudno nauczyć się nowego języka i nowej kultury... Musieliście się przenieść, bo na utrzymanie 4 dzieci nie wystarczała pensja waszych rodziców. Wszystko się ułożyło po przeprowadzce, a teraz jesteś "szczęściarą" mającą 5 braci. Czasem zastanawiasz się jak twoi rodzice to wytrzymują... No właśnie jeśli chodzi o tą 6 mężczyzn w twoim rodzinnym, dużym domu, to problem polega na tym, iż są mężczyznami, co łączy się z pochłanianą przez nich żywnością. Zawsze kiedy robisz zakupy spożywcze (bo to zwykle do ciebie należy ten obowiązek, czasem pomaga ci mama, ale rzadko), to wszyscy obcy uważają iż zbierasz zapasy na wypadek rozpoczęcia apokalipsy. Po zakupy zawsze wybierasz się do MAKRO, bo jest to sklep, w którym znajdziesz wszystkie firmy od A do Z oraz możesz tam robić gigantyczne zapasy, plus sklep jest wcześnie otwierany i dosyć późno zamykany.
Dzisiaj wstałaś o wczesnej godzinie i oczywiście musiałaś iść zrobić zakupy dla tych potworów zwanych twoimi braćmi. Wróciłaś około 10 ze sklepu i okazało się, że zapomniałaś bardzo oczywistej rzeczy...MLEKA! Prawie każdy w twoim domu jadł płatki na śniadanie... Dlatego nie było opcji - musiałaś tam wrócić po mleko. Mogłabyś podjechać autobusem do bliższego spożywczaka, ale w MAKRO mieliście zniżkę dla stałych klientów, a musiałaś trochę tego mleka kupić... Więc wyskoczyłaś z domu i podeszłaś dwie ulicę do przystanku i wsiadłaś w najbliższy autobus. 15 minut później wchodziłaś już do sklepu. Gdyż nie spieszyło ci się zbytnio do domu, a wręcz odwrotnie, to powoli przechadzałaś się wśród wysokich regałów. Przystanęłaś przy stoisku z grami, uwielbiałaś to miejsce, kojarzyło ci się z rodzinnymi wieczorami gier, które zawsze wam towarzyszyły i odbywały się co niedzielę, a za nie wzięcie udziału grożono ścięciem głowy... Stałaś tak, aż nagle usłyszałaś czyjeś kroki, a potem jakiś głos wyrwał cię z rozmyślań.
- Przepraszam, czy mogłaby pani powiedzieć mi gdzie są napoje gazowane? - powiedział jakiś głos, który wydał ci się dosyć znajomy. Odwróciłaś się, serce zabiło ci mocniej. Stanęłaś twarzą w twarz z samym Louisem Tomlinsonem i z wrażenia otworzyłaś szeroko usta, na szczęście tylko na chwilę, bo potem się opanowałaś.
- Ja tutaj nie pracuje... - rzuciłaś, a potem ugryzłaś się w język, bo to była najgłupsza odpowiedź, jaką w życiu słyszałaś. Nigdy się tak nie stresowałaś przy żadnym chłopaku, przecież mieszkasz nawet z 6 i nic takiego ci się nie zdarzało... Ale coś w Louisie sprawiało, że nie czułaś się swobodnie. Może to ten uśmiech, oczy albo to, że był jednym z członków twojej ukochanej kapeli? Zaczęłaś się czerwienić przez swoją głupią uwagę i wiedziałaś że Lou już to na pewno zauważył, bo z twojej twarzy zawsze można czytać jak z otwartej księgi.
- Ja to wiem! Przecież gdybyś tu pracowała, to miałabyś niebieską koszulkę z gigantycznym żółtym napisem... One są strasznie nietwarzowe, więc na pewno bym ją zauważył... - uśmiechnął się tak szeroko, jak czasem można było zauważyć na jakiś zdjęciach z sesji. Nogi ci się ugięły i musiałaś potrzeć się po karku, ale odwzajemniłaś nerwowo uśmiech - Ale widzisz... Nie wiem, coś mi powiedziało, że powinienem do ciebie zagadać, więc zagadałem...- subtelnie się uśmiechnął, po czym spojrzał na pusty wózek - i miałem nadzieję, że mi pomożesz... no wiesz...jesteś kobietą - spojrzał ci w oczy - to znaczy nie, że jestem szowinistą... - podniósł obie ręce do góry w geście, że jest niewinny, a ty się nie powstrzymałaś i wybuchłaś śmiechem. Wyciągnęłaś rękę w jego stronę.
- Jasne, że pomogę! A i tak przy okazji jestem [Twoje imię]...- Lou potrząsnął ręką z entuzjazmem i miałaś nadzieję, że nie widzi, jak mocno zaciskasz zęby w uśmiechu.
- A ja Louis! Miło cię poznać! - spojrzał ci w oczy, nadal trzymał cię za rękę, ale przestał nią potrząsać. Patrzyłaś mu w oczy, ale potem wzięłaś rękę i opuściłaś wzrok.
- Tak wiem... - z nerwów pocierałaś palce, spojrzałaś mu w oczy - Napoje są tam... - nie patrząc we wskazany przez siebie kierunek uśmiechnęłaś się do Lou.
- W takim razie chodźmy... - Lou pchał wózek, a ty nie miałaś nic.
Krążąc między regałami chłopak wyjaśnił, że  robią dzisiaj z chłopakami przyjęcie, na którym będzie kilka ważnych osób z branży. Zaprosił cię na nie, a ty się zgodziłaś, aż nadmiernie proponując pomoc w przygotowaniach...
- Czemu, aż tak bardzo ci zależy, żeby nam pomóc [T.I]? - spytał się Lou sięgając po Coca-Colę i uśmiechając się do ciebie.
Patrzyłaś na jego usta, nie mogłaś uwierzyć, że ten słynny uśmiech, który jak na razie widziałaś na zdjęciach w kolorowych czasopismach, on właśnie teraz był wyłącznie i tylko dla ciebie. Uśmiechałaś się na samą myśl. Wytrącona z rozmyśleń, starałaś nie pokazać po sobie, że coś cię rozkojarzyło.
- Lubię pomagać... - bąknęłaś w odpowiedzi, a kiedy twój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem idola, szybko dodałaś - Poza tym, dzisiaj w domu będzie wielkie oglądanie meczu naszej drużyny baseballowej. To znaczy z chęcią bym obejrzała, ale nie mam ochoty robić za kelnerkę dla moich braci...Dzisiaj to u nas w domu kobiety głosu nie mają... - wzruszyłaś na koniec ramionami jakby od niechcenia, a Lou spojrzał ci w oczy i uśmiechnął się tak serdecznie i szczerze, że chyba każda osoba w promieniu 5 metrów odwzajemniała ten uśmiech tak jak ty...
- Ilu masz braci? I w jakim są wieku...? Przepraszam, ale mówisz o nich jak o... sforze psów... - Lou zmarszczył brwi, kiedy przechodziliście wzdłuż słodyczy, ale potem spojrzał na ciebie...Uśmiech nie znikał z twarzy tego chłopaka...
- Mogliby być psami... - Lou parsknął, a ty się uśmiechnęłaś - Mam lepszy pomysł...Zgaduj, ilu mam braci! - Chłopak spojrzał na ciebie z ukosa robiąc uśmiech cwaniaka.
- Jakaś mała podpowiedź? - spytał błagalnym tonem wkładając cukier do wózka.
- Moich braci jest dokładnie tylu, ilu liczy pewien brytyjsko-irlandzki boysband, który został stworzy w X factorze... Już bardziej nie mogę ci pomóc! - wzruszyłaś ramionami  i udałaś smutną minę.
- Hmm... - przystanął na chwilę, zasępił się i spojrzał na swoje buty... - Brytyjsko-irlandzki... Zwykle byli sami Brytyjczycy... Irlandzki? - spojrzał w górę, w nieokreślonym kierunku. - Aaa... Boysband? - na twoje kiwnięcie głowy, kontynuował. - Ostatnio coś słyszałem... - podrapał się po głowie marszcząc brwi... - A! Już wiem! Chodzi o ten co ich podopiecznym był Simon? - zapytał, a ty czułaś, że zaraz wybuchniesz śmiechem - ten chłopak był zbyt dobrym aktorem i komediantem. - Jak oni się nazywali... One... One... One way! Zgadłem? - zapytał, patrząc ci w oczy z nadzieją. 
- Nie... ale blisko jesteś... - zaśmiałaś się.
- One... One... - mruczał pod nosem. Coś sprawiało, że było ci trochę smutno z powodu tego chłopaka. 
- One Direction - powiedziałaś, a wasze spojrzenia się skrzyżowały.
- Tak! Oni są genialni! A do tego tacy zabawni... - zaczął wymieniać rozmarzonym głosem.
- I strasznie przystojni! - przerwałaś mu.
- To prawda! A ten Louis, ale on ma tyłek! - zażartował chłopak i oboje wybuchnęliście śmiechem. 
Zakupy mijały wam bardzo zabawnie, nikt by nigdy nie pomyślał, że wybieranie produktów spożywczych może być taką frajdą! Kiedy zapakowaliście rzeczy do bagażnika auta, Louis zaproponował przejażdżkę w wózku na zakupy po parkingu. Ty siedziałaś w koszu, a chłopak odpychał was nogą, a potem wskakiwał stopami na dolną półkę. Raz tak się rozpędziliście, że prawie się przewróciliście. Nigdy byś nie pomyślała o takiej szalonej zabawie, ale Lou potrafił cię chyba przekonać do wszystkiego. Gdy zaproponował, że cię podwiezie do domu - nie odmówiłaś. Zawiózł cię pod dom, podziękowałaś. Chciałaś już wychodzić i położyłam rękę na klamce samochodu. Gdy już otwierałaś drzwi, chłopak nagle się nachylił, przechwycił klamkę i zamknął drzwi. Zdezorientowana spojrzałaś w jego błękitne oczy.
- Ja przepraszam... Po prostu nie mogę uwierzyć, że to już ma być koniec... - mruknął cicho w odpowiedzi, spoglądając ci w oczy, a ty się uśmiechnęłaś.
- To co proponujesz, Tomlinson? - zapytałaś filuteryjnie. 
- Hmm.. - zawahał się, ale podjął twój styl rozmowy. - Proponuję, aby szanowna Pani udała się ze mną do mego apartamentu i... - uciął, a tobie oczy rozszerzyły się do wielkości pięciozłotówek, nie sądziłaś, że usłyszysz taką propozycję z ust idola. Trzeba było jednak przyznać, chłopak działał w zawrotnym tempie. 
- I pomóc nam w przygotowaniach domu do wieczornej imprezy, a i również byłbym uszczęśliwiony, gdyby Panienka się na nią wybrała... - dokończył wcześniej urwaną myśl. Wybuchłaś śmiechem, bo nie mogłaś uwierzyć jak odmienne były twoje tory myślenia i to, co naprawdę chciał zaproponować Lou.
- Z wielką przyjemnością. - odpowiedziałaś, a Louis uśmiechnął się szerzej.
- W takim razie proszę zapiąć pasy! - zaśmiał się i ruszyliście.
Jechaliście drogami, które prowadziły was coraz dalej od centrum. Domy zaczęłaś widywać coraz rzadziej za oknami, ale zauważyłaś, że stawały się również coraz bardziej okazałe. Twoim oczom ukazała się nagle piękna biała willa, która była ledwie widoczna przez gęstą roślinność rosnącą wokoło rezydencji.
Nie zauważyłaś, jak auto się zatrzymało.
- To tutaj! - zawołał Lou, jakby to miejsce nie robiło na nim większego wrażenia. 
- Jejciu... - powiedziałaś powoli wychodząc z samochodu na podjazd usypany z drobnych, kremowych kamyczków.
- Oh, zapomniałem! - krzyknął chłopak, wyjmując zakupy z bagażnika, co sprowadziło cię na ziemię.
- Co się stało? - zapytałaś i poszłaś mu pomóc przy wypakowywaniu.
- Zapomniałem, że są jeszcze oni... - odpowiedział beznamiętnie Louis.
- Jacy oni...? - kiedy to wypowiadałaś, nagle uświadomiłaś sobie prawdę...  Za chwilę miałaś poznać całe 1D,  głowie ci się nie mieściło, że twoje największe marzenie zaraz się spełni...
Lou otworzył drzwi, chwyciłaś część zakupów, a chłopak wziął resztę i poprowadził cię do kuchni. Położyliście zakupy na stole. Louis wyciągnął jedną marchewkę i zaczął ją gryźć. 
- Oh, gdzie moje maniery... Chcesz jedną? - zapytał, a ty przytaknęłaś.
- Marchewki to moje ulubione warzywa. - zauważyłaś, rozglądając się po pomieszczeniu.
Uśmiechnęłaś się po tym, jak cię pochwalił i oparłaś się plecami o szafkę obok zlewu. Wiedziałaś, że coś jest nie tak, skoro w tym mieszkaniu na serio ma żyć piątka chłopaków. Louis kończył już marchewkę, podobnie jak ty. 
- Jest tu cicho, za cicho... - wyszeptał mrocznym głosem Louis.
Nagle jakby na słowa Lou, coś złapało cię za kostkę lewej nogi. Krzyknęłaś przeraźliwie, wyrwałaś nogę i podbiegłaś to Lou. Usłyszeliście śmiechy kilku osób. Do kuchni z sąsiedniego pokoju wszedli: Liam, Zayn i Harry. Nie mogłaś uwierzyć, że znałaś ich z plakatów i telewizji, a teraz oni stali tuż przed tobą! Jednak kogoś brakowało... 
- Niall, wyłaź już! - krzyknął, nadal się śmiejąc Harry.
Zobaczyłaś, jak Irlandczyk śmiejąc się, wychodzi z szafki pod zlewem. Skrzyżowałaś ręce na klatce piersiowej i uniosłaś brew.
- Przepraszam, nie mogłem się opanować, to było zbyt kuszące - mruknął  w odpowiedzi chłopak, gdy zobaczył twoją postawę. -
- No i po za tym.... - spojrzał za ciebie na stół. - Żarcie! - krzyknął i podbiegł do pakunków. Louis uderzył go po wyciągniętych dłoniach.
- To na przyjęcie. - zauważył Lou. - A i gdzie nasze maniery... - przeniósł wzrok na ciebie. - To jest Harry, Zayn, Liam i ten żarłok to Niall... - mówił, wskazując odpowiedniego przyjaciela.
- Dobra... bez pracy nie ma kołaczy! - zawołał Harry, a cała reszta łącznie z tobą i Lou podjęła tą propozycję, więc zaczęliście przygotowania do wieczoru. 
Chłopcy już mieli posprzątane w domu i na tarasie za nim, gdzie tak naprawdę mieli spędzić cały dzisiejszy wieczór. Musieliście tylko porozwieszać światełka na drzewach i nad basenem, porozkładać miejsca siedzące, zrobić parkiet do tańca, miejsce dla DJ'a i porozkładać stoły, aby było miejsce na przekąski. Niby nic, ale naprawdę dużo czasu wam to zajęło. Gdy to robiliście, przyszli kucharze, którzy zaczęli już przygotowywać przekąski na wieczór. Podczas ogarniania tarasu i ogrodu dużo żartowałaś z chłopcami i bardzo ich polubiłaś jako zwykłych chłopaków. Kiedy już wszystko zostało uporządkowane, podziękowali ci, a Lou powiedział, że cię odwiezie.  W aucie chłopak powiedział, że skoro przyjęcie zaczyna się za 3 godziny, to będzie po ciebie za 2 1/2 h.
- Tak naprawdę to co to za przyjęcie? - zapytałaś.
- Wiesz... takie niby dla przyjaciół, ale będzie naprawdę wiele ważnych osób z branży... - powiedział beznamiętnie, patrząc na drogę. - Czemu pytasz? - teraz chłopak przeniósł wzrok na ciebie.
- Po prostu zastanawia mnie jak to będzie wyglądało i... - ugryzłaś się w język, nie wiedząc tak naprawdę czemu. 
- I? - zapytał Lou, patrząc tobie w oczy, a ty opuściłaś wzrok, już staliście pod twoim domem.
- Bo zastanawia mnie, jak się ubrać. - wstydziłaś się tego, co mówiłaś, bo jakoś nigdy nie zwracałaś uwagi na wygląd. - No wiesz, chcę ładnie wyglądać. - dodałaś pospiesznie.
- [T.I.], ty zawsze pięknie wyglądasz. - powiedział chłopak, a ty czułaś, jak pieką cię policzki, już wiedziałaś, że jesteś czerwona jak burak i zaczęłaś się zastanawiać, co się z tobą dzisiaj dzieje... Poczułaś, jak on położył palce na twoim policzku i jak zaczął podnosić twoją twarz, abyś spojrzała mu w oczy. Ach, te jego niebieskie tęczówki! Nie mogłaś oderwać od nich oczu, a Lou zaczął ciebie powoli do siebie przyciągać. Wiedziałaś, że zaraz się pocałujesz z samym Tomlinsonem! Zamknęłaś oczy i kiedy już czułaś jego oddech na swym policzku, a wasze usta dzieliły milimetry... oboje usłyszeliście pukanie w okno przedniej szyby. Odskoczyliście od siebie i spojrzeliście na maskę auta.
- Hej, [T.I.]! To twój nowy kochaś? - zapytał jeden z trójki wyrośniętych, muskularnych chłopaków. 
- Ej, a kupiłaś mleko, Panno Zapominalska? - dodał drugi.
- Eh... Zapomnij, Josh! Pewnie byli tak w dwójkę zajęci sobą, że na pewno dopiero teraz sobie przypomniała po co wyszła! If you know what I mean! - strofował ostatni w trójki. 
- Haha! Masz rację, Evan! - zaśmiał się Josh.
Cała trójka chłopaków wybuchła śmiechem, przybiła sobie piątkę i poszli do twojego mieszkania, plotkując i oglądając się od czasu, do czasu na waszą dwójkę w aucie.
- Ty ich znasz? - zapytał Louis, a potem z chłopaków, przeniósł wzrok na ciebie. Byłaś wściekła, siedziałaś wyprostowana jak struna, miałaś wysoko podniesione ramiona, całkowicie wyprostowane ręce, a dłonie miałaś zwinięte w pięści. Teraz również byłaś czerwona, ale z innego powodu, niż wstyd.
- Miałeś szansę poznać część moich braci, starszych braci... właśnie wracali z treningu rugby - powiedziałaś przez zęby. Otworzyłaś drzwi auta i już szłaś ogródkiem do domu, gdy usłyszałaś donośny śmiech Lou w samochodzie. Uśmiechnęłaś się, bez obracania za siebie i weszłaś do mieszkania. Najpierw poszłaś i wyraziłaś swoje zdanie trójce bachorów, zwanej twoimi starszymi braćmi, najdelikatniej, jak potrafiłaś. A potem weszłaś na piętro i się zaczęło. Nigdy się jeszcze tak nie szykowałaś! Ogoliłaś nogi, wzięłaś prysznic, umyłaś włosy i je wysuszyłaś. Siedząc w samym ręczniku w swoim pokoju malowałaś się i jednocześnie rozmawiałaś z Mattem - twoim najmłodszym bratem, siedzącym na dywanie. Zawsze wiedziałaś, że tylko on jest porządny z całej piątki twoich braci. 
- Matt... podasz mi tusz do rzęs? - zapytałaś swojego 11-letniego brata, a ten podszedł do szafki i podał ci to, o co prosiłaś.
Pociągnęłaś rzęsy tuszem, siedząc na przeciwko toaletki i patrząc w lustro. Matt podszedł do ciebie i stanął przy twoim krześle.
- Wow, wyglądasz przepięknie. - powiedział.
Oboje teraz spoglądaliście na dziewczynę w lustrze, która miała wyraźne kości zaróżowionych policzków,  długie/gęste rzęsy i wyraziste niebieski cienie na powiekach, lekko przydymione tam, gdzie trzeba.  
- Dziękuję - pocałowałaś go w policzek. - A jaka szminka? - zapytałaś, wysuwając szufladkę w toaletce. 
- Ja bym wybrał tą... - Matt wskazał mocną wiśniowo-różową pomadkę. Rozczochrałaś mu włosy i wyjęłaś wskazany przez niego kolor, po czym odłożyłaś go na blat.
- A jak się ubierasz? - zapytał chłopiec.
- Myślałam o tej granatowej sukience, którą miałam na twoim zakończeniu szkoły. - spojrzałaś mu w oczy.
- Nie... To jest ważny wieczór. A ten twój Louis wydaję mi się całkiem spoko... Musisz wszystkich zaskoczyć swym wyglądem, ale jednocześnie uwieść prostotą... - powiedział twój brat i podszedł do twojej szafy. Ty się głośno zaśmiałaś. Matt był jedynym w tym domu mężczyzną, któremu mówiłaś wszystko - ufałaś mu i mogłaś zawsze liczyć na radę. Fakt, był dzieckiem, ale dzięki temu był bardziej przydatny. Jako dziecko zawsze dawał proste, ale i przydatne rady, bo dla niego wszystko było proste, a przez to, że był rodzinnym geniuszem - mógł się też odnaleźć w każdej sytuacji. Poza tym był wspaniałym słuchaczem. Z rozmyślań wyrwał cię 11-letni chłopiec.
- Ja bym wybrał to! Wiem, że nigdy tego nie miałaś, ale ona ma kolor, który wszystkim zapadnie w pamięć i... I jest jednocześnie prosta i wystarczająco długa, jak na imprezę... - powiedział Matt, pokazując kieckę.
- A co do tego, mój stylisto? - zaśmiałaś się, a twój brat to podjął - od razu pomyślałaś o Lou, który lubił żarty i zawsze dopasowywał się nastrojem/humorem do swojego rozmówcy.
- Hmm... W tym sezonie modne jest łączenie kolorów i stylów... - mruknął chłopiec, nurkując w twojej szafie.
- O to! - podał ci parę czółenek, na których uczyłaś się chodzić, gdy ci się nudziło... - A jeszcze jakaś torebka... - podrapał się po głowi i znów zajrzał do szafy. - Ta będzie idealna! - wykrzyczał, dając ci małą kopertówkę.
- A jakaś biżuteria? - zapytałaś niepewnie, bo nie można kwestionować guru mody. 
- Idź do łazienki się przebierz, a ja poszukam... - powiedział Matt.
- Dziękuję... - powiedziałaś, wstając i pocałowałaś brata w oba poliki.
- Nie ma za co! - odpowiedział uradowany. - Ale jak to spaprasz... - zagroził palcem, a ty wybuchłaś śmiechem i poszłaś się przebrać. Ubrałaś się w sukienkę, włożyłaś buty i rozpuściłaś włosy. Na szczęście było ciepło i miałaś gładkie nogi, więc nie musiałaś wkładać rajstop. Wyszłaś z łazienki. Braciszek podał ci malutkie cyrkonie na uszy i pierścionek w kształcie królika.
- No wiesz, króliki lubią marchewki, a one mają taki sam kolor, jak twoja sukienka! - zauważył, po czym odszedł kilka kroków, by spojrzeć na wyniki swojej pracy. - Wyglądasz prawie idealnie... Może zepniesz włosy? - zaproponował Matt.
- A jak Matti? - zapytałaś, siadając na przeciwko lustra.
- Pamiętasz, jak mama miała spięte włosy na ślubie? - zapytał chłopiec. Przytaknęłaś i zaczęłaś układać włosy. Oczywiście, że pamiętałaś jak wyglądała ta fryzura, zdjęcie ze ślubu rodziców sterczało za ramą lustra twojej toaletki. Fryzura była na pozór bardzo trudna do wykonania, a tak naprawdę wystarczyło 5 minut by ją zrobić w odpowiednim nieładzie. Ten look ala diva 60s, zawsze ci się podobał. 
- Teraz jesteś najpiękniejszą siostrą na świecie! - powiedział Matt, a ty pocałowałaś go w policzek. Usłyszeliście jak jakiś samochód podjeżdża pod dom. Pomalowałaś sobie szybko usta szminką, zbiegałaś po schodach razem z Mattim i pożegnałaś wszystkich. Nie zwracałaś uwagi na komentarze starszych braci o "twoim kochasiu". Wsiadłaś do auta i usłyszałaś wielkie "WOW" Lou - o taki efekt ci chodziło, gdy się szykowałaś. Dużo rozmawialiście w aucie, zwłaszcza się śmiejąc. Zaparkowaliście tam, gdzie ostatnio. Louis zaprowadził cię do domu. Widać było, że część gości się już zjechała. Dom i taras, jak i ogród wyglądały niesamowicie oświetlone drobnymi lampkami. Natknęłaś się na resztę chłopców, którzy stali obok stołu z przekąskami i prowadzili luźną rozmowę.
- Hej - przywitałaś ich. 
- O mój boże... - powiedział Liam, co było największym chyba przekleństwem w jego słowniku, a reszta od razu zlustrowała cię od stóp, do głowy. Nawet Niall przestał podżerać.
- Jaka seksbomba - zauważył Zayn, patrzą na twoje nogi i podnosząc brwi. 
- Ja nie mogę wyglądasz, jak bogini marchewek! - zawołał Niall, a wy wybuchnęliście śmiechem.
- Dzięki... - powiedziałaś, śmiejąc się. 
- Gdzie jest Lou? - zapytał Liam.
- Sprawdza coś w kuchni... - odpowiedziałaś już poważniej.
- Pójdę po niego... - podziękował ci skinieniem głowy i wszedł do willi, a za nim podążył Zayn. Niall wrócił do jedzenia, a Harry podszedł bardzo blisko do ciebie.
- Wiesz... gdyby nasz kochany Louis, nie bardzo by się tobą interesował dzisiaj, to moglibyśmy... - powiedział Harold, posyłając ci wymowne spojrzenia. Zamurowało cię.
- Hah, żart! Nie odbiłbym dziewczyny kumplowi - zaśmiał się nagle przyjacielsko Harry, odsuwając się, po czym dodał równie tajemniczym głosem, jak przed chwilą - Chyba że... - i puścił tobie oczko, podchodząc do jakiś dziewczyn.
Jedno wiedziałaś na pewno - Harry był strasznym kobieciarzem, ale kiedy wybuchł śmiechem przed chwilą, poczułaś, że mógłby być też świetnym przyjacielem, a jednocześnie na pewno jest dobrym słuchaczem, tak przynajmniej podpowiadała twoja intuicja.
Impreza, a raczej przyjęcie, rozkręciło się po około godzinie. Goście bez przerwy przybywali i przybywali. Całe One Direction było rozrywane, to przez modelki, to przez przyjaciół lub producentów. Na początku nie doskwierała ci samotność, kilka modelek pytało się, z jakiej firmy modelek jesteś. Pogadałaś sobie kilka minut z starszą panią z psem na rękach. Zaczepił cię nawet facet w średnim wieku i zaproponował udział w reklamie. Byłaś już trochę wykończona po pierwszych 2 godzinach, więc usiadłaś na ławce przy skraju ogrodu. Wodziłaś wzrokiem po tłumie, aż go odnalazłaś. Próbowałaś rozmawiać z Lou, ale on delikatnie cię spławiał. Teraz rozmawiał z jedną z tych super chudych i ładnych brunetek, z którymi zamieniłaś dwa/trzy zdania. Śmiali się szczerze, a ona położyła rękę na jego ramieniu. Dokładnie widziałaś, jak chłopak jej nie zrzucił, a jej kolano delikatnie muskało jego. 
- Przepraszam, mogę? - zapytała cię jakaś kobieta.
- Tak, oczywiście proszę... - wskazałaś miejsce obok siebie.
- Dzięki, te korki są strasznie nie wygodne - mruknęła, a ty doskonale ją rozumiałaś - twoje czółenka też pozostawała wiele do życzenia.
- Ale są przynajmniej piękne i nogi w nich świetnie wyglądają - zauważyłaś przyjacielsko, spoglądając na nogi kobiety obok.
- Hah, dzięki - zaśmiała się w odpowiedzi. - Ale to ty jesteś gwiazdą wieczoru! Wszyscy o tobie szepczą... - zauważyła, a ty rozejrzałaś się po tłumie i dopiero teraz zauważyłaś, że kilka osób szepcze i spogląda na ciebie, inni się głośno śmieją i biją brawo, wskazując twoją osobę. Twój wzrok błądził po ludziach, aż znów zatrzymał się na Louisie. Teraz stał z inną, rudą modelką przytuloną do jego boku do zdjęcia. A kiedy było  ona już zrobione, Lou szepnął jej coś do ucha, a ta się zdziwiła i zaśmiała. Byłaś strasznie zazdrosna, dostrzegając ich każdy gest.
- Eh, wiem jacy oni są... - mruknęła kobieta, siedząca z tobą na ławce.
- Kto taki? - zapytałaś nie odrywając wzroku od Lou.
- Kiedyś spotykałam się z Harrym, jak pewnie wiesz... Ale to nie było dla mnie. Ciągłe patrzenie, jak spędza więcej czasu z innymi. - powiedziała, a ty obrzuciłaś ją wzrokiem. No tak! To dlatego wydawała ci się taka znajoma, to przecież sama Caroline Flack! 
- I jak sobie z tym radziłaś? - zapytałaś z nadzieją w głosie.
- Nijak - mruknęła Caroline. - Jednak z tobą jest inaczej... Bo u ciebie chodzi o Lou, a ja byłam z Harrym... - wskazała dłonią chłopaka, którego otaczał wianuszek dziewczyn, a sam jeszcze do tego przytulał do siebie dwie piękne blondynki. Wyraźnie było widać, jak śmieją się z jego każdego żartu, ale najchętniej coś innego robiłyby z jego ustami. Z rozmyśleń wyrwała cię pewna myśl.
- Skąd wiesz o mnie i Lou? - zapytałaś niezbyt uprzejmie.
- Hah, to widać... Widać w tym jak na niego patrzysz i jak on patrzy na ciebie... - sprostowała Flack. 
- Co byś mi poradziła? - ledwie wypowiedziałaś.
- Hmm... Są dwie opcje... Jedna to zostaw go... - spojrzała oczami w niebo. - Albo jest też druga... 
- Jaka? - zapytałaś zaciekawiona, opierając się obiema rękoma o brzeg ławki.
- Zwróć jego uwagę... Podejdź, zagadaj, zastąp DJ'a, wskocz do basenu albo najzwyczajniej zrób coś, na co pewnie obie mamy ochotę...
- Czyli? - przeniosłaś wzrok z jej butów, na jej twarz.
- Czyli [T.I.], wynośmy się stąd - zruszyła ramionami Caroline.
- Najlepsza z opcji chyba, nie licząc basenu... - zaśmiałaś się, a Flack to podjęła i odwzajemniła. Ruszyłyście na parking, dziennikarka zaproponowała ci, że cie podwiezie. Dużo rozmawiałyście podczas drogi i zdziwiło cię, że tak dobrze dogadujesz się z kimś o wiele starszym, a do tego prawie nieznajomym. Gdy byłyście już pod domem, podziękowałaś za wszystko.
- Nie ma za co... - uśmiechnęła się Caroline - ale wiesz jakbyś chciała iść na kawę, zakupy albo po prostu zadzwonić... - powiedziała, wręczając ci wizytówkę.
- Dzięki, na pewno skorzystam. Trzymaj się! - odpowiedziałaś, a Flack też zawoła, żebyś się trzymała. Weszłaś do domu i poszłaś prosto do pokoju. Zdjęłaś ubrania, wzięłaś prysznic, ubrałaś się w gruby dres. Matt zrobił ci kakao i razem z tobą siedział w framudze twojego okna.
- Nie powinieneś już spać? - spytałaś, widząc jak 11-latek przysypia. - Marsz do łóżka!
- Już idę, mamo! - mruknął niewyraźnie chłopczyk i wyszedł z twojego pokoju. Oglądałaś rozgwieżdżone niebo, pijąc kakao. Nagle usłyszałaś jakieś auto pod domem. Dobrze znałaś ten samochód - był to wóz Tomlinsona. Patrzyłaś, jak chłopak podąża trawnikiem i wchodzi na werandę. Chwilę później słyszałaś wołanie mamy na dół. Zszedłaś niechętnie po stopniach. Wyszłaś na werandę i zamknęłaś za sobą drzwi. Lou podszedł do ciebie z bukietem... marchewek. W normalnych okolicznościach byś się uśmiechnęła, ale musiałaś pamiętać o tym co się stało.

- Impreza się skończyła? - zapytałaś beznamiętnie.
- Nie, trwa w najlepsze! To dla ciebie... - opuścił wzrok na podłogę, wręczając ci prezent. - Po prostu zauważyłem twój brak... - spojrzał ci w oczy i kontynuował - Posłuchaj, wiem, że to co robiłem było niemiłe. Nie powinienem był cię odtrącać i to jak zachowywałem się w stosunku do innych, ja przepraszam... Ja naprawdę nie chciałem, po prostu jakoś tak wyszło. Ale gdybym mógł i gdybym miał szansę, zrobiłbym wszytko, żeby to naprawić i ci wynagrodzić! - mówił Louis, a ty nie mogłaś się powstrzymać i pocałowałaś tego chłopaka. Gdy się oderwałaś od niego, on nadal był zdziwiony, po czym ujął twój policzek, a drugą ręką przyciągnął cię do siebie.
- Wyglądasz wspaniale... - zauważył, po czym cię pocałował. Wasze wargi połączył długi, delikatny pocałunek, który nie miał być ostatnim między waszą dwójką.


KONIEC


Opracowała: B

PS Kto chcę kontynuację opowiadania "So What"?
PSS Będę wdzięczna za komentarze:D