Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od pierwszego spojrzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą od pierwszego spojrzenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2013

Imagine - Louis (XI)

Hai! Wróciłam z nart... Strasznie jestem dumna z Polish Directioners za akcję #PolandNeedsTakeMeHomeTour ...
Przepraszam, że nie pisałam...
Przepraszam, że nie jadę kolejnością chronologiczną zamówień, ale dzisiaj przy obiedzie moja rodzina doprowadziła mnie do płaczu, więc nie jestem w sosie na pisanie zbytnio, nie licząc jednego zamówienia, któremu chyba dzisiaj podołam. Resztę zamówień dotrzymam w tym tygodniu.

Dedykuję ten imagine wspaniałej Nieznajomej - mam nadzieję, że się spodoba i dziękuję, że mnie wybrałaś <3

PS Będzie serio dłuuuuugi...

Wasza B

---------------------------------------------------









- Przepraszam, szuka Pan czegoś? - zapytałam opryskliwie już trochę poirytowana, widząc po raz kolejny tą samą osobę, włóczącą się za mną... Zacisnęłam mocniej dłonie na niesionych książkach i odwróciłam się na pięcie, by stanąć przodem do mojego prześladowcy.
- Nie... Raczej powiedziałbym, że czegoś straszliwie potrzebuję... - odparł i się uśmiechnął, a ja pewnie odwzajemniłabym ten uśmiech, gdyby nie to, co właśnie ujrzałam.  Mimowolnie wypuściłam książki z dłoni, a one upadły na podłogę, rozsypując się. Od razu uklękłam na ziemi, by je pozbierać, a mój rozmówca zrobił to samo. Uśmiechnął się szerzej podając mi jeden z tomów. Odwróciłam jak najszybciej wzrok od chłopaka przede mną i przygryzłam dolną wargę. Nie musiałam mu się przyglądać, doskonale znałam każdy szczegół jego twarzy. Wstałam powoli, a serce uderzało w mojej klatce piersiowej tak mocno, że miałam wrażenie, jakby chciało się z niej wyrwać. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście i głupotę zarazem. Szczęście - bo nigdy nie przeleciało mi nawet przez myśl, że spotkam Go w tej bibliotece, co prawda najlepszej w Londynie, ale jednak bibliotece. 
A głupocie - bo skrzyczałam właśnie członka mojego ulubionego zespołu... Spoglądałam na podłogę przede mną i westchnęłam głęboko.
- A czego potrzebujesz? - zapytałam tym razem milszym tonem.
- Cóż... Chciałem... Ale gdzie moje maniery - zaśmiał się, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, który pozostał na niej już do końca rozmowy - Jestem Lo... - zaczął, ale ja mu szybko przerwałam.
- Wiem, jesteś Louis... - odparowałam i ugryzłam się w język, ale napotykając jego wzrok - uśmiechnęłam się pogodnie.
- Haha... A mogę wiedzieć, kim jest moja piękna ofiara prześladowań? - zaśmiał się, ale był poważny.
- Jestem... Jestem zażenowana, że tak to wyszło... Przepraszam - powiedziałam, a on znów wybuchnął śmiechem.
- Haha... To chyba niespotykane imię... - uśmiechnęłam się szerzej na te słowa, a Louis dodał. - A czy droga zażenowana dałaby się przynajmniej wyrwać z biblioteki? - zapytał z pewnością siebie.
-Hahah... Oczywiście, ale może najpierw wróćmy do tego, czego potrzebowałeś... - zaproponowałam lekko. Chyba charakter Louisa wpływał na mnie tak odprężająco.
- Cóż... No właśnie potrzebowałem, żebyś się uśmiechnęła przynajmniej... dla mnie - powiedział, przechodząc z nogi na nogę, a ja uśmiechnęłam się, pokazując wszystkie zęby.
- Może lody i spacer? - zaproponował, a ja przytaknęłam.

*** 
Dwa miesiące minęły od kiedy poznałam tego chłopaka, a serce nadal biło z jakieś 500 razy szybciej, tylko na wypowiedzenie tego imienia - Louis. 
Spotykaliśmy się już od dnia, gdy poznałam go w bibliotece... Naprawdę bardzo go lubiłam...
Z rozmyślań wyrwały mnie krople wody, które uderzyły w moją twarz.
- Ej! Co ty robisz?! - zaśmiałam się i wychyliłam rękę, by też opryskać go wodą. 
- Ja? Ja nic nie robię... Sprawiam tylko, że jest ciekawiej! - zaśmiał się i znów odłożył wiosła, by mnie ochlapać. Śmialiśmy się obydwoje, będąc mokrzy.
- Zaraz się przewrócimy przez ciebie! - krzyknęłam, nadal się śmiejąc, bo chybotało nami we wszystkie strony. 
Louis zabrał mnie do Hyde Parku i teraz pływaliśmy łódką po jeziorze dzięki jednemu z jego szalonych pomysłów. A był to szalony pomysł, bo dochodziło powoli do 1:00 w nocy i normalnie nie można o tej porze wypożyczyć łódki, ale dla Louisa nie stanowiło to problemu, by odwiązać jedną od pomostu i popływać. 
- A jak się przewrócimy to co? - zapytał z chytrym uśmieszkiem, chwytając się obu burt, by rozbujać jeszcze mocniej drewnianą łódeczkę. 
- Przestań! Jak się przewrócimy, to mnie popamiętasz! - krzyknęłam w odpowiedzi, już trochę wystraszona, bo wiedziałam co czai się w umyśle tego chłopaka - od razu pożałowałam swoich słów.
Kolejne minuty wydawały się sekundami. Łódka przewróciła się do góry dnem, a nasza dwójka wpadła do wody. Gdy się wynurzyłam - znajdowałam się w środku odwróconej łódki. Rozejrzałam się dookoła i już chciałam wypłynąć spod łodzi na świeże powietrze, gdy coś, a raczej ktoś chwycił mnie za kostkę i pociągnął pod taflę wody. Wynurzając się znowu, wzięłam głęboki wdech, po czym  zauważyłam roześmianego Louisa - którego od razu ochlapałam.
- Myślisz, że to zabawne? - spytałam wściekłym tonem i wyciągnęłam ręce, by odepchnąć go. Louis odczytał moje zamiary i chwycił mnie za nadgarstki obu dłoni i przyciągnął do siebie. Spojrzałam w jego błękitne oczy i poczułam, jak moje serce bije wolniej i wolniej... Muskaliśmy się nogami pod wodą, próbując się utrzymać na powierzchni wody, nadal będąc w przewróconej łódce. Czułam ciepło jego ciała w lodowatej wodzie. Lou puścił jedną moją rękę i przyciągnął moją twarz już wolną dłonią, a jego usta prawie nie musnęły  moich - był to nasz najbardziej delikatny pocałunek. 
- Kocham cię - wyszeptał, gdy przerwał na chwilę pocałunek.
- Ja ciebie też... - powiedziałam, pozwalając by nasze usta znów się złączyły.
***
 
Wtuliłam się mocniej w jego tors, od którego biło ciepło i uśmiechnęłam się na wspomnienie tamtego dnia sprzed pół roku. Od tamtej pory byliśmy z Louisem nierozłączni - każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Zdążyłam już poznać chłopców z zespołu i wydaje mi się, że nawet mnie lubią.
- O czym tak myślisz, kochanie? - wyszeptał mi do ucha, muskając wargami jego płatek. Przymknęłam oczy, gdy jego usta zjechały niżej i złożyły delikatny pocałunek na mojej szyi. 
Siedzieliśmy na wydmach - pojechaliśmy na weekend nad morze. Louis był świetnym grzejnikiem na tutejsze wietrzne dni - opierałam się o jego tors plecami, a on swoje nogi rozprostował po obu stronach moich własnych nóg. 
- A nic... - zaczęłam, spoglądając na moją dłoń, którą subtelnie zakreślałam kółka na jego udzie. Wiedziałam, że on też patrzy na moją rękę. Po chwili dodałam. - Zastanawia mnie tylko, czy woda naprawdę jest taka zimna, jak wszyscy myślą... 
- Możemy to sprawdzić... - Lou uśmiechnął się szerzej i zaczął mnie łaskotać po brzuchu. 
- Hahaha... przestań! Przestań!! Pomocy!! - śmiałam się i próbowałam się wyrwać z jego żelaznego uścisku bez skutku. 
Chłopak obrócił mnie tak, że leżałam teraz na piasku, a on pochylał się nade mną. Nie miałam drogi ucieczki - po obu stronach moich ramion, on trzymał ręce, by się wspierać. 
- Wolę cię zdecydowanie bardziej teraz niż zmarzniętą w wodzie... - wyszeptał i pochylił się bardziej, by złożyć delikatny pocałunek na moich wargach. Moje serce stanęło na chwilę, a przynajmniej mi się tak wydawało. Delikatnie objęłam dłonią jego twarz i przyciągnęłam mocniej do pocałunku, który stał się bardziej namiętny. Oderwałam swoje od jego ust, ale nasze twarze nadal dzieliły milimetry.
- Ale wiesz... Jak wejdę do wody to tak zmarznę, że będzie mnie ktoś potem musiał ogrzać... - wyszeptałam i całując Louisa, przygryzłam delikatnie jego wargę.
Louis wstał szybko i zrzucił z siebie swoją koszulkę. 
- Kto ostatni w wodzie, ten zmywa naczynia po kolacji! - krzyknął i rzucił się pędem do wody.
- Ej! To nie fair! - krzyczałam za nim, biegnąc w tym samym kierunku. - Ja ostatnio zmywałam!

                                ***
 Dzisiaj jest już 23 grudnia. Minęło sporo czasu od kiedy w wiosnę poznałam Lou. Zdążyłam się z nim tak zżyć, że myślę, że nie potrafiłabym już normalnie funkcjonować bez niego. Jutro są urodziny Louisa i dopiero jutro mieliśmy się spotkać, ale chciałam mu zrobić "małą" niespodziankę. Ubrałam się niezbyt wyzywająco, ale to co miałam pod spodem było ważniejsze - bielizna. Szłam w stronę kamienicy Lou, która była położona niedaleko Hyde Parku - chłopak nie lubił dużych mieszkań, wolał "nie wyróżniać się z tłumu". Stałam już pod drzwiami i na szczęście nie musiałam dzwonić domofonem, bo jakaś staruszka właśnie wychodziła z kamienicy, więc przytrzymałam jej drzwi i po chwili weszłam na klatkę schodową. Przeszłam dwie kondygnacje schodów w górę i stanęłam przed drzwiami do mieszkania Lou. Mając nadzieję, że chłopak jak zwykle przez typowe dla siebie roztargnienie, zapomniał zamknąć drzwi - nacisnęłam klamkę...
Ku mojemu szczęściu, jak przynajmniej wtedy myślałam, drzwi były otwarte.
Uśmiechnęłam się szeroko i weszłam na palcach do środka. Zaczęłam powoli rozpinać guziki płaszcza i gwałtownie opuściłam dłonie, a uśmiech zszedł z mojej twarzy, gdy weszłam do salonu. 
- Kochanie... To nie tak, jak myślisz... - zaczął Louis, który właśnie wstał prawie nagi z kanapy, na której leżała blond piękność w samej koronkowej bieliźnie.
- Ah, czyżby? Czyli właśnie nie liżesz się na kanapie i nie próbujesz się przespać z Jennifer jakąś tam, która grała w tym nowym filmie z Joshem Hutchersonem? - powiedziałam, jak najszybciej potrafiłam, a go zamurowało, nie potrafił nic powiedzieć, więc dodałam zrezygnowana. - Wiesz co? Oszczędź sobie... - podążyłam szybko w stronę wyjścia, a Louis w ostatnim momencie złapał mnie za rękę, bym się odwróciła do niego przodem.
- To nie tak... Kocham cię! - powiedział, a ja się zamachnęłam i uderzyłam go w twarz tak mocno, że puścił mnie i chwycił się za policzek, otwierając usta. Spojrzał na mnie oniemiały.
- Jesteś kiepskim kłamcą... - rzuciłam, wybiegając z mieszkania, bo czułam, jak łzy zbierają mi się w oczach, a ostatnią rzeczą jaką chcę to, to żeby on widział ile dla mnie znaczył i jak bardzo teraz cierpię. Wybiegłam z kamienicy na ulicę i pobiegłam, nie zważając na nic do parku naprzeciw. Miałam szczęście, że jakieś auto się zatrzymało i tylko na mnie zatrąbiło. Biegłam ile sił w nogach, a z oczu cały czas płynęły mi łzy. Stanęłam pod wielkim dębem i oparłam się dłonią o jego pień. Otworzyłam gwałtownie oczy i próbowałam złapać dech - przebiegłam jakieś 500 metrów parkiem, więc stosunkowo niewiele, a czułam jakby ktoś wypruwał mi płuca. Otworzyłam usta, nie mogąc uspokoić oddechu. Przyłożyłam dłoń do mojej klatki piersiowej - moje serce biło jak oszalałe. Osunęłam się na ziemię, dysząc, a łzy płynęły mimowolnie po moich policzkach... Ostatnie co pamiętam, to odgłosy dobiegające z oddali i silne ręce, które potrząsnęły mym ciałem za ramiona...

                                 ***

Otworzyłam powoli oczy, mój organizm był słaby - czułam to. Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważyłam najpierw rurkę przyczepioną do mojej ręki, a potem dopiero rodziców wraz z bratem śpiących na krzesłach w kącie sali. Nigdy tu wcześniej nie byłam, ale każdy by się zorientował, że znajduję się w jednej ze szpitalnych sal. Musiała być dość późna pora, że  cała trójka spała snem sprawiedliwego. Spojrzałam na nich z czułością i się uśmiechnęłam. "Pewnie nic mi nie jest, a te ciołki i tak tutaj będą!" - przeleciało mi przez myśl. Nagle mój brat otworzył oczy i poderwał się na równe nogi, podszedł do mnie i zaczął wykrzykiwać hasła, że żyję i wszystko będzie dobrze. Kochałam tego 13-latka, który właśnie obudził resztę rodziny i sprowadził pielęgniarkę. 
- Haha... Może ktoś mi wyjaśni, co się właściwie stało, co? - zapytałam, gdy brat wypuścił mnie z uścisku, a chwile potem poczułam mocny ból, jakby ukłucie, serca. 
- Au... - wyrwało się z moich ust.
- Wiesz, skarbie... Lekarz powiedział, że z tobą porozmawia, jak tylko się obudzisz, ale najlepiej będzie dopiero rano, teraz powinnaś odpoczywać - powiedziała pielęgniarka, która zmieniła mi kroplówkę i wyszła z sali, mrugając do mnie.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - zapytam, marszcząc brwi.
- 8 dni... Lekarze zdążyli cię zdiagnozować i... - zaczęła mama, a jej głos powoli słabnął, nie chciałam, by powiedziała prawdę, więc szybko jej przerwałam.
- Wow! 8 dni! To ponad tydzień! Jeszcze nigdy tak długo nie spałam! - zaśmiałam się, co chyba polepszyło humor tacie.
- Tak... rzeczywiście! Powinniśmy przestać się czepiać, że śpisz w weekendy do południa, co? - zażartował sobie, a ja się uśmiechnęłam, przytakując głową.
- Aaa i tak z innej beczki, piękna... - powiedział sarkastycznie mój młodszy brat - Twój chłoptaś stoi pod drzwiami - dodał i wskazał głową w stronę drzwi.
Spoglądając tam, serce zamarło mi na chwilę, odwróciłam wzrok i spojrzałam na swoje dłonie.
- Coś się stało między wami zanim... no wiesz? - zapytała zatroskana mama, a ja się nie poruszyłam, więc dodała - Może powinniście pogadać... Gdyby mu na tobie nie zależało, to by tu nie przyszedł... Będziemy na krzesłach przed salą.
Spojrzałam w oczy mamie i wiedziałam, że ona już wszystko wie. Była niesamowita, po kilku gestach człowieka doskonale wiedziała, co jest grane. Moja rodzina wyszła i zobaczyłam tylko, jak przed salą mój tata rozmawia z Louisem, chłopak spuścił głowę i pokiwał nią delikatnie. Otworzył drzwi i wszedł do sali, a ja odwróciłam wzrok i spojrzałam za okno - na oświetlone ulice Londynu.
- Jeśli nie chcesz rozmawiać to... Mówi się trudno... - zaczął, a ja czułam jego wzrok, który sprawdzał, jak szybko się ugnę - Pozwól, że ja będę mówić - dodał. To zdanie sprawiło, że na chwilę opuściłam wzrok, ale potem znów spojrzałam za okno i postanowiłam, że będę w nie patrzeć do końca monologu Lou.
- Kiedy tylko wybiegłaś, ubrałem się i wybiegłem za tobą, ale nie mogłem cię nigdzie znaleźć, dopiero twoi rodzice do mnie zadzwonili i każdego dnia czuwałem przy twoim łóżku, bo chciałem być pierwszym, którego zobaczysz po obudzeniu się, jak trzyma cię za rękę... - zaciął się na chwilę, by chwycić moją dłoń. Nie spoglądając na niego, splotłam palce z jego własnymi ciepłymi palcami. - Ja żałuję... To była najgłupsza rzecz jaką zrobiłem, bo ja naprawdę cię kocham i nie mogę normalnie żyć bez ciebie. Myślałem, że to koniec z nami, ale że przynajmniej... Ale kiedy się dowiedziałem, że jesteś chora, poczułem, jak ziemia osuwa mi się spod nóg. Ja tak nie dam rady... Bez ciebie... - ciągnął, a jego głos z każdym zdaniem słabnął, mimowolnie zaczął płakać, a i po moim policzku spłynęły dwie pojedyncze, ciepłe łzy. - Ja nie będę umiał żyć bez ciebie, rozumiesz? Kocham cię, nie opuszczaj mnie... - powiedział błagalnym tonem. Siedział na krześle obok mnie, ale nie wytrzymał i pochylił się, by wtulić się w moje nogi i się w nie po prostu wypłakać. Spojrzałam na niego i przygryzłam wargę. Wolną dłonią przeczesałam jego gęste włosy. Louis spojrzał na mnie, a ja mogłam odczytać z jego twarzy, że wszystko co powiedział, co to słowa, było prawdą.
- W jednym się na pewno nie myliłam... - zaczęłam i uśmiechnęłam się delikatnie do niego. - Jesteś na serio kiepskim kłamcą - powiedziałam, a on się uśmiechnął słabo, a wierzchem dłoni wytarł twarz od łez.
- Jedyne co mogę dodać to, to że Jennifer od razu wyszła za tobą i powiedziała, że jestem dupkiem. Miała racje - wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się szeroko, ale po chwili uśmiech zniknął z mojej twarzy.
- Lou... Co mi jest? - spytałam, a on uciekł wzrokiem.
- Rodzice prosili mnie, żebym... - zaczął, ale mu szybko przerwałam.
- Długo mi zostało? - spytałam znowu, a on spojrzał mi w oczy. W jego błękitnych tęczówkach mogłam przeczytać, ile bólu kosztuje go ta rozmowa.
- Tak. Wszystko będzie dobrze... - powiedział spokojnie, bardziej uspakajając samego siebie niż mnie - Powinnaś odpoczywać... Pogadamy jutro, co? - dodał, prosząc. Skinęłam głową, a on nachylił się i złożył subtelny pocałunek na moich ustach. Delikatnie odsunęłam go od siebie.
- Louis... Zostańmy przyjaciółmi - rzuciłam, a on otworzył usta oniemiały i uciekł wzrokiem w bok. 
- Dobrze... Przynajmniej będę ciebie miał blisko... Pójdę do bufetu po wodę, chcesz coś? - zapytał jakby od niechcenia, ale wiedziałam, że łamię mu tym serce, a on chce być teraz sam.
- Hah... Oni zbytnio o mnie dbają... - odpowiedziałam, wskazując na kroplówkę, a na twarzy chłopaka pojawił się nikły uśmiech. Chwilę potem zostałam sama w sali i się cieszyłam. Musiałam wszystko przemyśleć. "Chyba wybrałam dobre rozwiązanie... Czuję, że mój koniec jest blisko, a nie mogę pozwolić, by Lou cierpiał, gdy odejdę... Lepiej będzie, gdy złamię mu serce wcześniej i mniej boleśnie, prawda?" - próbowałam przekonać samą siebie. Zamknęłam oczy, ale nie zasnęłam, nie mogłam. Gdy je znów otworzyłam, za oknem wstał nowy dzień, a Louis siedział obok mnie i przez sen trzymał mnie za rękę...

Dwa dni później...

 Pielęgniarka weszła do pokoju i mnie obudziła. To dzisiaj... Dzisiaj będę miała operację. W sali znajdowali się wszyscy, wszyscy oprócz Louisa, który zniknął wczorajszego wieczora. 
Gdy dwa dni temu usłyszałam, że mam skazę serca i to taką, że nie może prawidłowo transportować krwi, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Potrzebowałam nowego serca i na szczęście przez zeszły tydzień - udało nam się takie znaleźć. Nie mogę sobie wyobrazić, że od jutra, bo nie wiem kiedy skończą operację, w mojej klatce piersiowej już nie będzie biło moje serce, ale serce jakiegoś innego człowieka. To był dla mnie szok, ale bardziej się bałam. Lekarze oceniali raczej mój stan jako fatalny, skoro ot tak dają mi serce, na które niektórzy czekają latami. Nic dziwnego, nie potrafiłam usiedzieć 15 minut prosto - szybko się męczyłam. Bałam się, bo przeszczep serca to jedna z najbardziej skomplikowanych operacji... Tyle rzeczy może pójść nie tak... 


"Chciałabym, żeby Louis mnie teraz pocieszył jednym z tych swoich szalonych  pomysłów... albo żeby powiedział, że po operacji weźmie mnie na lody i przejdziemy się po parku - jak na naszej pierwszej randce. Gdzie on do cholery jest?" - pytałam samą siebie, gdy lekarze zakładali mi maskę tlenową, by mnie uśpić, a potem wywieźć na salę operacyjną... 
 ***
Ociężale otworzyłam powieki, a ostre światło południa mnie oślepiło. 
- Jeden dzień w narkozie i mieliśmy tyle spokoju, a teraz znowu się zacznie! - usłyszałam znajomy głos mojego przemądrzałego brata.
- Witamy, witamy! - zawołała radośnie mama, podchodząc do mojego łóżka.
- Operacja przeszła doskonale... Teraz serce jest jak nowe, haha... - zaśmiał się lekarz, który musiał właśnie rozmawiać z rodzicami, gdy się obudziłam.
- Cóż... Ono jest nowe, prawda? - spytałam, przecierając oczy i siadając.
- No tak, prawda... Ja zostawię państwa samych - powiedział doktor i wyszedł.
- Gdzie Louis? - zapytałam, spoglądając na tatę, a uśmiech na jego twarzy zbladł. Ojciec usiadł obok mnie i chwycił moją dłoń.
- To był szalony pomysł, ale znasz go przecie... Gdy zachorowałaś i było wiadomo, że... - mówił ojciec, a ja wiedziałam, co on miał na myśli.
- Nie, nie... to nie może być... - zaczęłam, łkając.
- Ktoś musiał dać ci serce... - dokończył mój brat, a ja zaczęłam płakać, jak jeszcze nigdy dotąd. 
- Ejej... Kochanie... To był kawał. Lou poszedł do toalety - przytulił mnie tata, a ja na niego spojrzałam wilkiem, łzy przestały spływać mi po policzkach.
- Jesteście najgorszymi ciołkami pod słońcem! - krzyknęłam na brata i ojca, a ci wybuchnęli śmiechem. 
Skrzyżowałam ręce na piersiach i modliłam się w duchu o cierpliwość do tej rodziny.
Nagle do sali wszedł Lou i zdziwił się na widok mojej zapłakanej twarzy. Podszedł do łóżka i... przybił piątkę z moim bratem i tatą.
- Nie złość się kochanie... - powiedział i nachylił się by mnie pocałować, a ja zrobiłam unik w bok.
- To że mam nowe serce, nie znaczy, że możecie je tak maltretować! -  powiedziałam z chytrym uśmieszkiem. 
Louis uśmiechał się, pokazując wszystkie zęby.
- No, przepraszamy... - powiedział i wyciągnął rękę zza pleców, za którymi chował cały czas coś przede mną. W rękach trzymał ogromny bukiet kwiatów - tulipanów, moich ulubionych. 
- Wow, a to z jakiej okazji...? - zapytałam zaskoczona, gdy nachylił się i pocałował mnie z czułością w czoło.
- Ehm... Z kilku... Za udaną operację, za przespanie Nowego Roku, w ramach przeprosin za głupi, szalony i nieodpowiedzialny dowcip... Ale myślałem, że się domyślisz... - powiedział i spojrzał mi w oczy, a ja odpowiedziałam mu błagalnym spojrzeniem, bo nie wiedziałam, co jeszcze mógł mieć na myśli...
- Podpowiedź? - zapytałam, a on się uśmiechnął szeroko.
- Liczba tulipanów... - odpowiedziała, a ja szybko policzyłam kwiaty.
- 40... Ja nie kończę 40 lat, Lou! - zaśmiałam się, a chłopak to odwzajemnił.
- Cóż... 40 oznacza 40 tygodni... - mówił, przechodząc z nogi na nogę, kochałam to jak się tak denerwował. - A 40 tygodni to 9 miesięcy, a dokładnie 9 miesięcy temu...
- Się poznaliśmy... - dokończyłam zdanie za niego. - Jak ja mogłam zapomnieć! 
- Zostawimy was samych... - powiedziała mama i rodzina wyszła z pokoju, już i tak zdążyłam zapomnieć o ich obecności przy Louisie.
- Przepraszam... że zapomniałam... Ja nic dla ciebie nie mam - wyszeptałam zasmucona i odłożyłam kwiaty na bok.
- Myślę, że masz... - powiedział Lou i przysiadł na krześle obok łóżka, nachylił się i otarł kciukiem jedną zagubioną łzę. - Nie chcesz mi czegoś powiedzieć? 
- Louis nie graj ze mną w te gierki... - rzekłam, trochę już zmęczona.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie będziemy tylko nimi - powiedział i się nachylił, a ja przyciągnęłam go ręką za koszulkę. Nasze usta złączyły się w długim, namiętnym pocałunku.
- Kocham cię... - wyszeptał Lou, gdy oderwaliśmy się od siebie, by złapać oddech.
- Ja ciebie też, ale nie rób mi więcej takich chamskich kawałów - powiedziałam, a chłopak się uśmiechnął.
- Nigdy więcej - dodał i delikatnie musnął moje wargi swoimi.
- Ale ja kocham cię mocniej... - wyszeptał.
- Nawet z nowym sercem? - zapytałam.
- Może nie dorównuje staremu modelowi, ale tak, czy siak... Z tym sercem, czy tamtym... Z każdym dniem kocham cię bardziej - powiedział, a ja uśmiechnęłam się najszerzej jak się da.

                                ***
"Można powiedzieć, że z nowym sercem, zaczęłam życie od nowa. Tylko z jedną małą różnicą... Wszystko zostało po staremu..." - pisałam właśnie ostatnie słowa w pamiętniku, gdy Louis nachylił się nad moim ramieniem.
- Powinnaś napisać książkę... Masz dobre pióro... - powiedział.
- I najlepiej zadedykować ją tobie? - zaśmiałam się.
- Hm... Nie musisz mi od razu książki dedykować, ale wiesz jakby tak... - odparł i delikatnie pocałował moją szyję, a ja wybuchnęłam śmiechem...


KONIEC






Opracowała: B - Mam nadzieję Nieznajoma, że się podobało <3




PS W tygodniu wstawię inne zamówienia
PSS Proszę o komentarze!! :)

niedziela, 25 listopada 2012

Imagine - Niall (X)

Hai:3 Jest późno, ale jeszcze muszę coś wstawić... A mianowicie dedyka dla Misi, czyli @NIallmydesire :D
 Dziękuję Ci za wszystkie zwariowane rozmowy o Niallu i za to, że będziesz moim psychologiem :P A i przepraszam za zdjęcie, ale nie mogłam się powstrzymać *-*

PS Przepraszam, że taki krótki:C
PSS Resztę dedykacji dodam w tym tygodniu:D


---------------------------




 Wracałaś właśnie przez park z próby czytanej. Cieszyłaś się, że dostałaś rolę w szkolnym przedstawieniu, ale już miałaś dosyć! "Sen nocy letniej" jest pięknym tekstem, ale już tyle razy słyszałaś go na głos na próbach, że znałaś role swoich kolegów na pamięć! Trochę znudzona siedzeniem i słuchaniem szekspirowskiej sztuki, przez większość czasu, szłaś szybkim tempem do domu, by odpocząć. Jak zwykle w popołudnie Hide Park był lekko zatłoczony... Miałaś w uszach słuchawki i słuchałaś "Rock Me", by przestać myśleć o tym, że najchętniej położyłabyś się na łóżku i zasnęła. Trzymałaś kurczowo w rękach scenariusz i notatki przyciśnięte do piersi... Właśnie w słuchawkach usłyszałaś refren i przymknęłaś na chwilę oczy, śpiewając go niemo. Nagle uderzyłaś w coś lewym ramieniem, otworzyłaś gwałtownie oczy, a wszystkie twoje kartki się rozsypały na ziemi. Zauważyłaś, że winowajcą był najwyraźniej jakiś chłopak w jeansach i bluzie,który na głowie miał kaptur. 
- Przepraszam... nie zauważyłam pana... - mruknęłaś i ukucnęłaś by pozbierać swoje rzeczy, ale najpierw wyłączyłaś mp3. Ku twojemu zdziwieniu, nieznajomy również przykucnął i zaczął ci pomagać w zbieraniu kartek. Spojrzałaś na niego, ale twarz do połowy zakrywał teraz kaptur. Sięgnął po scenariusz, gdzie na pierwszej stronie dużymi literami był napisany tytuł sztuki.
- Miłość w swej prostej i nieśmiałej mowie... - zaczął recytować, po czym podniósł głowę i spojrzał ci w oczy.
- Powie najwięcej, kiedy najmniej powie. - dokończyłaś kwestię Tezeusza pomimo tego, że przeżyłaś właśnie mini zawał serca. Osobą, której twarz od twojej twarzy dzieliły teraz centymetry był sam Niall Horan z twojego ukochanego zespołu! Zawsze się w nim podkochiwałaś, ale nigdy nie przyznałabyś tego przed nim... Poza tym, nigdy nie liczyłaś, że go spotkasz... Opuściłaś wzrok i znów zaczęłaś zbierać kartki... Chłopak parsknął cichym śmiechem pod nosem i się uśmiechnął. Sięgnął po jedną z zapisanych przez ciebie stron... Doskonale wiedziałaś, co się na niej znajduje! Na próbie strasznie nudziłaś się ze swoją koleżanką , która też była Directionerem... Niall wyprostował się i zaczął śledzić wzrokiem tekst... Patrzyłaś, jak powoli na jego twarzy pojawia się coraz szerszy uśmiech. Tekst waszej rozmowy wyglądał mniej więcej tak:"TWOJA KOLEŻANKA:Ej, to jedziesz w tym roku do tego Mullingar? Co tam w ogóle będziesz robić??:D TY:Jak to co! Stać pod domem Nialla FUCKING Horana!:D T.K.:Hahah... A co jak ci otworzy?:) TY:To zaproszę go na ciastko if you know what I mean:D". Czułaś jak pieką cię policzki, wiedziałaś, że właśnie rumienisz się na całej twarzy i w żaden sposób tego nie ukryjesz. Spojrzałaś na ziemię i gorączkowo zebrałaś resztę dokumentów, zanim usłyszałaś donośny śmiech. Spojrzałaś na Nialla, a ten uśmiechnął się do ciebie i spojrzał ci w oczy. Otworzyłaś usta, bo nie mogłaś uwierzyć, że masz go w tej chwili tylko dla siebie - utonęłaś w jego niesamowitych błękitnych oczach. A z fantazji wyrwał cię nie kto inny, jak ich obiekt. 
- Wiesz... właściwie mam ochotę na ciasto... Może gdzieś pójdziemy? - zapytał, a ty nieśmiało pokiwałaś głową. 
Na początku byłaś trochę nieśmiała, ale potem się rozkręciłaś i żartowaliście już sobie cały czas. Udaliście się do (wierzcie lub nie, jest coś takiego) BirdCafe, gdzie wypiliście długą kawę i zjedliście ogromne kawałki czekoladowca. Niall okazał się taki zabawny i miły, jak wyczytałaś w internecie i magazynach. A kiedy zaproponował, że cię odprowadzi do domu, zgodziłaś się bez wahania. Szliście chodnikiem obok siebie rozmawiając o praktycznie wszystkim, wydawało ci się to zabawne, że tak dobrze się dogadujesz z kimś, kogo praktycznie nie znałaś 2 godz. temu. Szliście bardzo blisko siebie, a wasze ramiona ocierały się o siebie. 
- Kogo grasz w "Śnie.."? - zapytał uśmiechnięty Irlandczyk.
- Hermię... Czemu pytasz? - odwzajemniałaś uśmiech i spojrzenie.
- Nic, tylko po prostu.. Moim zdaniem byłabyś lepszą Heleną... - powiedział, po czym chwycił twoją dłoń. Wasze palce się złączyły, a ty czułaś bijące od niego ciepło. Chwilę później nie zauważyliście, jak już byliście pod twoimi drzwiami. 
- Wiesz... dziękuję za ten dzień.. [Twoje Imię]. - powiedział, kiedy obróciłaś się do niego przodem, staliście bardzo blisko, a wasze twarze znów dzieliła tylko przestrzeń, którą można było pokonać w sekundę. 
- To ja dziękuję... - powiedziałaś i stanęłaś na palcach, by pocałować Nialla w policzek. Potem stanęłaś na pełnych stopach, uśmiechnęłaś się pokazując zęby i poszłaś w kierunku drzwi.  Weszłaś do mieszkania, machając do chłopaka, a on to odwzajemniał. Chwilę patrzyłaś na niego przez okno, aż w końcu podrapał się po głowie i poszedł w lewą stronę wolnym krokiem, wsadzając dłonie do kieszeni. Odwróciłaś się, przygryzając wargę. Na schodach stała twoja starsza sąsiadka, która miała 69 kotów i tyle samo lat, a ostatniego mężczyznę miała chyba za czasów swojej matury.
- Dzień dobry, Pani Delly! - zawołałaś do niej przyjaźnie.
- Witaj, dziecinko! - zaczęła, a ty uśmiechnęłaś się serdecznie, ale potem w miarę jej słów, twój uśmiech gasł - Wiesz.. jeśli go kochasz, to nie czekaj. Nie warto, lepiej jest zaryzykować, niż żałować! - powiedziała i zaśmiała się, po czym weszła po schodach do swojego mieszkania. Stałaś oniemiała na klatce, aż nagle zrozumiałaś co powinnaś zrobić i modliłaś się w duchu, by nie było za późno. Wybiegłaś z kamienicy i pobiegłaś w lewą stronę, gdzie widziałaś wcześniej, jak zmierza Niall. Biegłaś, uśmiechając się, a serce waliło ci jak nigdy przedtem. Dobiegłaś do skrzyżowania i zauważyłaś kogoś w bluzie z kapturem na głowie. Poklepałaś tą osobę w ramię, ale kiedy się obróciła, zauważyłaś, że to nie Niall. Zawiedziona przeprosiłaś i opuściłaś głowę, spojrzałaś na ptaka siedzącego na płocie, który piękne śpiewał. Po chwili zwierzę odfrunęło i poszybowało w prawo,  a twój wzrok podążył za nim. Zauważyłaś kilkaset metrów dalej postać w jeansach i bluzie z kapturem. Bez wahania pobiegłaś w tamtym kierunku. Gdy byłaś blisko, zawołałaś "Hej, Irlandczyku..", a postać się obróciła i tym razem to był twój Niall! Rzuciłaś się mu w ramiona, a on odwzajemnił uścisk. Spojrzałaś mu w oczy i objęłaś dłonią jego kark, by przyciągnąć go w ten sposób do siebie. Wasze usta złączył długi, delikatny pocałunek, a ty nie chciałaś odrywać się od jego wspaniałych, ciepłych warg pierwsza. Jak się miało potem okazać, to nie był wasz pierwszy i ostatni pocałunek. 

Opracowała : B dla Misi:*

PS Proszę o komentarze!! :D

piątek, 2 listopada 2012

"More Than This" - rozdział 1

Ah! Pierwszy rozdział:) Już od dawna chciałam go napisać, ale jakoś tak wyszło, że dopiero tera to robię. Poza tym nie wiem, czy opowiadanie w ogóle wypali, więc... Najpierw proszę o lekturę i komentarze! Jak i wzięcie udziału w naszej ankiecie! :)


--------------------------------------------------------



~~ Harry ~~
Westchnąłem głośno, a głos mi zadrżał. Byłem tutaj sam, ale doskonale słyszałem  harmider za drzwiami. Oparłem się obiema rękami o blat z umywalkami i spojrzałem posępnie na marmur, którym był wyłożony. Po chwili odkręciłem kran, z którego od razu zaczęła płynąć woda. Nabrałem ją w dłonie, pochylając się i zanurzyłem twarz w wodzie. Z zamkniętymi oczyma zakręciłem kurek, przetarłem oczy wierzchem dłoni i otworzyłem je. Spojrzałem przed siebie, a moje usta otworzyły się ze zdumienia... Pomimo tego, co widziałem, nie śmiałem się obrócić. Nadal patrzyłem przed siebie na odbicie w lustrze...



<<Kilka godzin wcześniej>>

~~ Louis ~~
  Dzyń, dzyń... Przeciągnąłem się i wyciągniętą ręką wyłączyłem budzik. Przewróciłem się na drugi bok, gotów spać dłużej, ale przypomniałem sobie, o tym jaki mamy dzisiaj dzień. To miało być teraz albo nigdy... Otworzyłem oczy i spojrzałem na widok za oknem, niezbyt rewelacyjny. Cóż przyjechałem do Londynu na kilkanaście dni, a to miejsce i tak wynająłem na ostatnią chwilę. Usiadłem bez oporów na brzegu łóżka i zastanawiałem się co teraz. Wstałem i podszedłem do szafy, powoli ją otworzyłem. Przejeżdżałem wzrokiem po niedbale ułożonych częściach garderoby, już wyciągnąłem rękę po czarny T-shirt, kiedy nagle przypomniałem sobie pewną rzecz. "Louis, na kogo chcesz wyglądać? Jak cię widzą, tak cię piszą..." - mruknąłem sam do siebie pod nosem i rzuciłem T-shirt na szafkę. Stanąłem przed szafą i przygryzłem wargę. Nigdy nie miałem takich problemów, a teraz... Westchnąłem głośno. Mój wzrok powędrował na dolną półkę, gdzie ujrzałem szkolny mundurek, w którym odbyłem drogę i nagle wiedziałem, jak chcę być dzisiaj spostrzegany...


~~Harry~~
- Wstawaj, kochanie! Dzisiaj wielki, wielki dzień! Twój dzień! - powiedziała dość głośno do mojego ucha, żeby wyrwać mnie z krainy Morfeusza. 
- Mamo... ! - powiedziałem przeciągle z wyrzutem, po czym zasłoniłem sobie twarz poduszką. 
- Nie trzeba było tak do późna ćwiczyć i tak jesteś dobry! - mruknęła i wyszarpnęła mi kołdrę. - Poza tym Harry... Takie zachowanie nie przystoi! Możesz gwiazdorzyć, jak już wygrasz! - burknęła z większym wyrzutem niż ja wcześniej.
Odrzuciłem poduszkę i spojrzałem na nią. 
- Ja nie... - zacząłem, a ona mi przerwała.
- Ja wiem, nie gwiazdorzysz, ale nie ma lepszej motywacji niż kontratak! Zapamiętaj to sobie, bo jak już trafisz do showbiznesu to, to się okażę ważną wskazówką! A teraz wstawaj! Idę zrobić śniadanie... - rzuciła jeszcze wychodząc z pokoju. 
Patrzyłem jak opuszcza pokój, po czym wziąłem poduszkę i westchnąłem "yyy..." , tłumiąc nią dźwięk. Opadłem na łóżko i spojrzałem na sufit. 
- Hej... - zaczęła nieśmiało, a ja spojrzałem jak wychyla się zza framugą drzwi.
- Cześć - odpowiedziałem i znów skierowałem wzrok na sufit.
- Hej, brat! Wstawaj leniu! - podeszła do mnie i wysunęła spode mnie prześcieradło tak, że spadłem z łóżka, z głośnym krzykiem.
- Gem! A to za co? - spytałem ocierając głowę, która przed chwilą zderzyła się z meblem. 
- Za to, że... Że jesteś z naszej rodziny, a w naszej rodzinie nie ma miejsca dla leni! - krzyknęła mi w twarz, po czym się uśmiechnęła i wychodząc z pokoju, zatrzymała się w framudze. Oglądając się na mnie dodała, słodkim głosem, jakże odmiennym tonem, do tego przed chwilą - Kochany braciszku... idę pomóc mamie w przyrządzaniu twojego ulubionego śniadania, naleśników! - przeciągnęła ostatnie słowo i wyszła. Słyszałem jeszcze, jak krzątają się po mieszkaniu. Wynajęliśmy to miejsce na kilka nocy, głównie z okazji mojego castingu do X factor... Jednak te dwie kochane kobiety w moim życiu (a właściwie Gemma wyszła z tym pomysłem), że zwiedzą sobie przy okazji Londyn, w dokładnie część ze sklepami odzieżowymi. Praktycznie rozumiałem je, bo Holmes Chapel, w którym mieszkamy i który leży w Cheshire, jest oddalony od Londynu około 250km, więc nieraz przyjechaliśmy obejrzeć to wspaniałe miasto. "Dobra, pora wstawać, Harry!" - sam sobie wydałem rozkaz, który od razu wykonałem. Podszedłem do otworzonej na ziemi walizki i wyjąłem stamtąd: brązowe spodnie, biały T-shirt i szary luźny sweter. Obejrzałem się w lustrze i podciągnąłem rękawy. Na szyi luźno zawiązałem swój ulubiony szal, a na lewą rękę wsunąłem moje ulubione bransoletki i frotkę, którą kiedyś dostałem od ojca. Przeczesałem ręką włosy i tak nic nie da rady tym lokom. Poczułem wspaniały zapach wanilii, który zawiódł mnie do kuchni. 
- Hmm...hmm... - oblizałem palec z nutelli. - To chyba będzie najlepszy dzień w moim życiu jeśli się nawet nie dostanę... - powiedziałem, bo mama obiecała mi jedną rundkę London Eye, które było stałym punktem na liście spraw "do załatwienia", za każdym razem kiedy odwiedzaliśmy Londyn. 
- Ach! Ile razy mówiłam ci, że masz nie wyżerać prosto ze słoika! - powiedziała Gem przedrzeźniając głos mamy, która zawsze tak mówiła, kiedy nas na tym nakryła, ale tym razem tylko moja siostra była świadkiem. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, ale ja pierwszy się opanowałem i przygryzłem wewnętrzną stronę policzka. 
- Ej, brat... Nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze! Zobaczysz! - dotknęła mojej ręki leżącej na stole przy tych słowach otuchy i uśmiechnęła się trochę krzywo, widząc, że to niewiele dało. - Masz to! Niech ci doda szczęścia na scenie! - zdjęła z włosów szarą materiałową opaskę i mi ją wręczyła. Uśmiechnąłem się szczerze i spojrzałem na "dar", po czym owinąłem go sobie dwukrotnie wokół prawego nadgarstka. Powiedziałem nieme "dziękuję", bo mama właśnie zaczęła monolog o myciu rąk przed posiłkiem i gotowych naleśnikach. Spojrzałem wdzięczny i teraz pewniejszy na moją siostrę jeszcze raz, a ta odpowiedziała mi niemym "nie ma za co" i wysłała mi buziaka. A ja uśmiechnąłem się szerzej pochylając się nad naleśnikami. 

~~Louis~~
Jechałem właśnie czerwonym autobusem typu "double decker". Mijaliśmy za oknem, co ważniejsze punkty Londynu. Nie mogłem uwierzyć, że właściwie moi rodzice zgodzili się na samotną podróż do tego miasta z Doncaster. Nigdy nie wydawało mi się to daleko, do dzisiaj przynajmniej... Właśnie stanęliśmy na czerwonym świetle, a ja po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czemu nie wybrałem metra. Spojrzałem przez okno po mojej lewej, zauważyłem Big Bena górującego nad dachami i kominami domostw. Pomimo młodej godziny, wszędzie było pełno ludzi, nie dziwiłem się dlaczego nazywają to "ciągle żywym" miastem. Wyciągnąłem telefon komórkowy i napisałem do rodziców krótką wiadomość, żeby się nie denerwowali...                                ***
Tutaj był jeszcze większy tłok niż sądziłem, że będzie... Podszedłem do informacji, podałem im swoje dane osobowe, a oni wydali mi ankietę i przylepili kartkę z numerem "155204". Ankieta? A no tak... Przecież każdy z uczestników musiał napisać kilka słów o sobie. Takie tam: co lubisz, co robisz i coś o śpiewie... Usiadłem w kącie z moim plecakiem z żywnością między czarnoskórym mężczyzną, a panią w podeszłym wieku. Wyciągnąłem długopis i zacząłem uzupełniać. Imię i nazwisko, wiek, praca, numer seryjny, miasto, zainteresowania... Rozejrzałem się beznamiętnym wzrokiem po innych uczestnikach, wielu z nich wyglądało, jakby to było na ich porządku dziennym - castingi do X factora, nic wielkiego. Odnosząc uzupełnione kartki, zastanawiałem się jak liczny musi być sztab, który nad wszystkim sprawuje kontrolę. Jeśli jest tylu uczestników... Pewnie muszą mieć urwanie głowy!

~~Harry~~
- Powodzenia skarbie! Na pewno będziesz najlepszy! - powiedziała  mama podjeżdżając pod ogromny budynek. Moja mama była jedyną osobą, która sądziła, że mam talent i ciągle mi powtarzała, że powinienem spróbować. Ale jak to matki... po prostu idealizują swoje dzieci, dlatego byłem sceptycznie nastawiony do tego, co robiłem. Wysiadałem z auta zabierając mój plecak, który przerzuciłem przez jedno ramię i spojrzałem w stronę zatłoczonego wejścia, przełknąłem głośno ślinę i zrobiłem pierwszy krok w jego kierunku. 
- Połamania nóg, niezdaro! - krzyknęła jeszcze moja siostra za mną, a ja obejrzałem się i zobaczyłam, jak ich auto ginie wśród zabudowań. Spojrzałem ku niebu, a potem na opaskę na prawym nadgarstku. "Wszystko będzie ok" - pomyślałem i pewniej wszedłem do środka, gdzie panował totalny rozgardiasz. Z trudem odnalazłem informację, do której stała długa, jak pociąg, kolejka. Włożyłem słuchawki w uszy i starałem się nie myśleć o tym, co czeka mnie w dniu dzisiejszym... Ruszałem rytmicznie nogą w rytm mojej ulubionej piosenki zespołu Pink Floyd, kiedy przede mną były już tylko dwie osoby. Gdy nadeszła moja kolej, podałem swoje dane, a w zamian dostałem ankietę i numer seryjny do przyklejenia. "Mam wielką nadzieję, że numer "165998" przyniesie mi dzisiaj szczęście" - pomyślałem przyklejając go do koszulki. Oddaliłem się 6 metrów od informacji i oparłem o ścianę, by wypełnić kartkę o sobie. W pierwszej kolejności wpisałem nazwę wykonywanej przez siebie piosenki, zanim zapomnę z nerwów jej słów albo i tytułu. Wróciłem do informacji i drżącą ręką wręczyłem ankietę jakieś młodej wolontariuszce, która najwidoczniej musiała tutaj pracować. Spojrzała na mnie rozczulonym wzrokiem, a ja czułem, że staje się czerwony na twarzy. 
- Najlepiej jest myśleć o swoich sukcesach, wtedy się mniej stresujesz - powiedziała, po czym odeszła, by pomóc gdzieś indziej. A ja osłupiały poszedłem w przeciwnym kierunku i usiadłem na jakiś schodach w rogu, by mieć trochę swobody i spokoju. Począłem myśleć o najmniejszych szczęściach i udanych bądź wygranych rzeczach... Powoli byłem już spokojny, spojrzałem na ekran mojego telefonu. Była 8:30, nie pocieszało mnie to zbytnio, że jest tak wcześnie... Miałem wystąpić przed jurorami dopiero popołudniu... Jeszcze raz spojrzałem na ekran modląc się, żeby była chociaż godzina później - chciałem mieć to wszystko, jak najszybciej za sobą.  Niestety była ta sama godzina, ale zauważyłem coś innego. W kącie ekranu mrugała ikonka wiadomości, dotknąłem ją i spojrzałem na wiadomość, którą dostałem. "Powodzenia synu! Trzymam za ciebie kciuki! Pobij ich wszystkich:)". Uśmiechnąłem się od ucha do ucha, tata nie mógł z nami przyjechać, bo musiał zostać w pracy. To właśnie ojciec zawsze mówił, że mam "słomiany zapał" i nigdy nie kończę tego, co zacząłem, że tylko mówię, a nie czynię. Gdy usłyszał o castingu też nie był pozytywnej myśli, dlatego teraz byłem szczęśliwy, bo wiedziałem, że znów we mnie uwierzył. Jedna pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, a ja wytarłem ją frotką od ojca i wystukałem szybko na klawiaturze wiadomość zwrotną: "Nie zawiodę cię, tato!"...

~~Louis~~
Patrzyłem na szczęśliwe i na przemian smutne twarze osób, które wychodziły z "pokoju" przesłuchań. Niektórzy starali się zatuszować miotające nimi emocje, inni obwiniali jurorów, a jeszcze inni mówili "nie tym razem, ale następnym" i śmiali się szczerym śmiechem. Jednak byli też tacy, którzy wybiegali skacząc i ciesząc się z sukcesu. Spoglądałem na tych ludzi znad mojej książki, która jakoś nie wzbudzała zbytnio mojego zainteresowania. Było na razie południe. Zjadłem kanapkę i odbyłem już rozmowę z dziennikarzem,  który podchodził do losowych osób pytać się o ich przeżycia, emocje i właściwie po co tu przyszli. Wstałem, wziąłem swoją torbę i poszedłem szukać toalety, bo te 2 butelki wody właśnie zaczęły o sobie znać. Zawsze jak się denerwowałem to dużo piłem, nie pokazywałem tego w inny sposób. Dlatego tylko mnie nie dziwiło, że wypiłem w 6 godzin 2 litry wody. Chodziłem po wielkiej sali pełnej ludzi, by znaleźć drzwi do toalet. Uznałem, że najlepiej będzie sprawdzić na jakimś planie budynku i tak oto zrobiłem. Plan znajdował się obok gaśnicy i przycisku pożarowego, więc nie było ciężko go znaleźć. Na planie tylko tego piętra znajdowały się 4 ubikacje męskie. Wybrałem tą najbardziej oddaloną od głównego "ognia" uczestników, w obawie przed kolejkami. Skręciłem wzdłuż schodów na uboczu i wszedłem do toalety oznaczonej trójkątem. Ściany wyłożone niebieskimi kafelkami pasowały do marmurowego blatu z umywalkami nad którym wisiało ogromne lustro. Odbicie przedstawiało kabiny na przeciwko. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, z boku znajdowały się pisuary. Podszedłem do nich już trochę na granicy wytrzymałości. Nie mogłem uwierzyć, że to miejsce było zupełnie puste, byłem tu sam... A może niezupełnie? Usłyszałem jak ktoś ćwiczy gamy i stara się pociągnąć wyższą tonację. Spodobał mi się ten młody głos z chrypką. Zapiąłem rozporek w momencie kiedy za mną wydobył dźwięk skrzypnięcia drzwi. Obróciłem się i podeszłem do umywalek. Widziałem chłopaka, który pochylał się nad jedną z nich i obmywał sobie twarz. Plecak u jego stóp wskazywał, że też od dawna czeka. Spojrzałem na jego brązowe loki, uśmiechnąłem się, przechylając głowę i przygryzając delikatnie dolną wargę. Po chwili zorientowałem się, że nie słyszę już lejącej się wody. Mój wzrok padł na lustro, a tam zauważyłem twarz zdezorientowanego, a może i wystraszonego chłopaka. Jedno wiedziałem na pewno, jego duże zielone oczy, z którymi skrzyżowało się moje spojrzenie w lustrze i szeroko otwarte usta, wskazywały, że był zdumiony moją obecnością...

~~Harry~~
W odbiciu widziałem, starszego od siebie, chłopaka, przynajmniej tak myślałem po tym w co był ubrany: jeansy, białą koszulę, na którą zarzucony miał beżowy sweter, a do tego zawiązał na szyi czarny krawat. Spoglądał na mnie swoimi niebieskimi oczyma tak, że przeszedł mnie dreszcz. Opuściłem wzrok na dłonie. "Od jak dawna tu był? Słyszał mnie? Czemu przyszedł tutaj? Jest też tu ktoś inny? Czemu tak mnie penetrował wzrokiem? Od jak dawna stoimy w takiej ciszy?" - te myśli i jeszcze inne, przelatywały mi przez głowę z zawrotną szybkością. Usłyszałem nucenie za sobą, więc spojrzałem spode łba na lustro. Zobaczyłem, że chłopak podchodzi do umywalek, kołysząc się na boki i nadal nucąc, umył ręce i spojrzał na mnie. Uśmiechnąłem się kiedy zaczął śpiewać jedną z piosenek Oasis - "Wonderwall".  Spojrzał na mnie z ukosa, śpiewając: Today is gonna be the day
           That they're gonna throw it back to you
           By now you should've somehow
           Realized what you gotta do...
- No dalej. - szturchnął mnie ramieniem, a mi nadal rozbrzmiewał jego wspaniały głos w uszach, śpiewający tekst, który tak pasował do dnia dzisiejszego. - Przecież wiem, że to znasz. - dodał, a ja zrozumiałem o co mu chodzi. 
Odpowiedziałem mu dalszym tekstem piosenki:
                          I don't believe that anybody
           Feels the way I do about you now...
Chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha pokazując wszystkie zęby, a pode mną ugięły się kolana. "Co się ze mną dzisiaj dzieje?" - zadałem sobie pytanie. Ale odwzajemniłem uśmiech i spojrzałem na niego. Staliśmy teraz na przeciwko siebie, więc doskonale widziałem jego niebieskie tęczówki, kojarzące się z kolorem tafli wody jeziora w moim rodzinnym mieście, mieniącej się w upalne dni. 
- Jestem Louis, Lou, Loui... Mów jak chcesz. - wzruszył ramionami i wyciągnął rękę w moją stronę, uścisnąłem ją. - A ty jesteś? - zapytał jeszcze, a ja puściłem jego ciepłą dłoń. 
- Zestresowany... - odpowiedziałem i od razu ugryzłem się w język. Natomiast mój nowy kolega wybuchnął śmiechem. - To znaczy po prostu Harry! - dodałem. 
- Hah, ładne imię... Zestresowany po prostu Harry... To się piszę łącznie? - zaśmiał się, a ja czułem, że moje pliczki zaczynają piec. 

~~Louis~~
Zrobił się delikatnie czerwony na policzkach, zastanawiało mnie, ile jest ode mnie młodszy... Zrozumiałem, że jestem dodatkowym stresem dla chłopaka, podrapałem się po głowie. Spojrzałem na jego opuszczone zielone oczy. A właściwie, przy takim oświetleniu, jego tęczówki wydawały się zupełnie szare, aż szkoda tego zielonego koloru. 
- Wiesz... - zacząłem opierając się o marmurowy blat. - Skoro jesteś konkurencją, a słyszałem cię wcześniej... No i jestem bardzo szczery... Masz dobry głos, Harry. - powiedziałem spoglądając na drzwi za nim, bałem się, że ktoś zaraz wejdzie.
- Hmm... Dzięki. - powiedział, a potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się szczerze, pokazując wszystkie zęby w uśmiechu. - Ty też jesteś niezły! - dodał, ale nie zważałem na to, bo przyglądałem się jego słodkim dołeczkom. 
- Dzięki... - przeniosłem powoli wzrok z jego dołeczków i ust, na jego oczy tak, że nasze spojrzenia się skrzyżowały. - Czy mogę wiedzieć, co zaśpiewasz przed jury? - spytałem trochę niepewnie.
- Oh. No jasne... To będzie "Isn't she lovely" Steva Wondera. - dokończył patrząc na mój krawat i marszcząc brwi.
- To leci tak... Co nie?  
             Isn't she lovely
             Isn't she wonderfull...
- zaśpiewałem dwa pierwsze wersy, a chłopak przytaknął z uśmiechem.
- No skoro jesteś moją konkurencją i wiesz już o mnie sporo, to może powiesz mi co ty wykonasz? - zapytał pewniejszy siebie, spoglądając na mnie, jego oczy znów miały zielony odcień.
- Hah! Czyżby to był kontratak? - zaśmiałem się, a chłopak znów uśmiechnął się pokazując dołeczki. - Cóż to będzie "Hey there Delilah". - odpowiedziałem, a Harry zaczął śpiewać:
            Hey there Delilah
            Don't you worry about the distance
            I'm right there if you get lonely
            Give this song another listen
            Close your eyes
            Listen to my voice it's my disguise
            I'm by your side.
Coraz bardziej podobał mi się jego zachrypnięty głos.
- Tak... Masz na serio wielki talent... - powiedziałam, a on się trochę zarumienił, opuszczając wzrok. - I poza tym myślę, że mógłbym o tobie wiedzieć więcej... - dodałem, a on spojrzał na mnie. Oboje przestaliśmy się do siebie uśmiechać. Nagle ktoś wszedł do łazienki i udał się do kabiny. 
- Hmm.. - chrząknął Harry. - Miło było cię poznać Lou. - powiedział i udał się w stronę drzwi, przerzucając przez ramię plecak. - Mam nadzieję, że kiedyś zaśpiewamy w duecie. - dodał jeszcze, nie obracając sie za siebie. Szybko podbiegłem do drzwi, co go zdziwiło. Otworzyłem je przed nim, przepuszczając go. Jego zielone oczy wpatrywały się we mnie, po czym wyszedł na korytarz, a ja za nim. Zaczął się oddalać, ale ja chwyciłem go za przegub ręki.
- Też pewnie czekasz do późna... Może kawa? - spytałem z nadzieją w głosie, puszczając jego rękę. Chłopak zastanawiał się nad mymi gestami i rozważał propozycję przez chwilę.
- Z przyjemnością. - powiedział, po czym dodał. - Będziesz miał okazję dowiedzieć się więcej o swojej konkurencji. 
Oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. 

KONIEC rozdz. 1

Opracowała B:)

PS Proszę o głosy w ankiecie z boku! O tym opowiadaniu i o tym drugim...
PSS Chcę zmienić "delikatnie" wygląd bloga, bo jestem kobietą, a kobiety zmienne są, więc ostrzegam! :)
PSSS Dziękuję wszystkim, którzy czytają naszego bloga:)
PSSSS Mama mnie zabije! :C