Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 grudnia 2012

"To nie jest koniec" - Ziall (one part and only)

Hai! :3 Przepraszam, że ostatnio nic nie wstawiałam, ale w tym tygodniu musiałam napisać aż dwie prace na konkurs z j. polskiego i chcę się jedną pochwalić przed wami;D No i musiałam jeszcze napisać artykuł do gazetki szkolnej i wg... Przepraszam! W weekend i jutro się poprawię;D No i jeszcze przyszły tydzień i święta;D <3 
Tak, czy siak.. Wstawiam Zialla mojego autorstwa, który byłby dłuższy, ale na konkurs były dozwolone maksymalnie 3 strony... Więc życzę przyjemności i mam nadzieję, że jakoś to skomentujecie w przeciwieństwie do mojej polonistki:3

PS Wiem, że Hazza, Zayn i Niall nie są w tym samym wieku, ale proszę was o wyrozumiałość - to było potrzebne dla fabuły:3

PSS Nie wiem czemu post podzielił mi się na akapity, tak jakoś...


Wasza B



-----------------------------------------






„To nie jest koniec”

       Biegłem chodnikiem i nie przeszkadzał mi nawet padający deszcz, który sprawił, że przemokłem do suchej nitki, a moje książki w plecaku pewnie były całkowicie mokre i zniszczone. Nawet nie poczekałem na autobus, ale nie mogłem, musiałem być jak najszybciej w domu – sam. Kilka ostatnich metrów pokonałem, jak najsprawniej potrafiłem, by otworzyć drzwi do domu. Zatrzasnąłem je, by każdy wiedział, że już wróciłem i mam podły humor. Na posadzkę kapały krople wody z moich włosów, a ja nie zdejmując kurtki, pobiegłem do kuchni, słysząc tam przytłumione głosy. Rodzice siedzieli przy stole i pili popołudniową herbatę. Rzuciłem głośno torbę na podłogę, by mnie zauważyli, a kiedy ich wzrok zwrócił się na mnie, przygryzłem dolną wargę – „Teraz albo nigdy.”.

- Przemyślałem to i chcę jechać do Brighton… - powiedziałem opanowanych głosem, po czym dodałem. – Mam nadzieję, że będziemy mieszkać blisko jakieś lodziarni.

Poczekałem na ich parsknięcie śmiechem i ruszyłem schodami na piętro, przeskakując kilka stopni na raz, wbiegłem do mojej sypialni. Zatrzasnąłem drzwi i oparłem się plecami o nie. Zacisnąłem mocno powieki, a łzy zaczęły mimowolnie spływać mi po policzkach. Mówiłem sobie, że muszę być silny, ale chyba byłem taki przez zbyt długi czas. Opadłem bezradny na podłogę i pozwoliłem sobie na wypłakanie wszystkich emocji, których ostatnio doświadczyłem.

       „Jakiś czas temu przeprowadziłem się z Mullingaru w Irlandii do Londynu, czyli jednego z ważniejszych miast Wielkiej Brytanii. Moja rodzina nie należała do zamożnej i często się przeprowadzaliśmy, gdy mój ojciec otrzymywał lepsze oferty pracy. Jednak nigdy nie wyjeżdżaliśmy z kraju, jak to było tym razem. Myślałem, że tutaj zacznę nowe życie, które jednak po pewnym czasie zaczęło przypominać mi istne piekło. Najgorsze było chodzenie do szkoły, ale nie mam tu na myśli nauki, lecz to, że nikt nie szanował mojej „odmienności”.” – przeczytałem swój ostatni wpis w  notatniku. Szedłem właśnie korytarzem szkolnym, gdy ktoś z ogromną siłą popchnął mnie na szafki, a ja uderzyłem w nie tak mocno, że zabrało mi aż dech w piersiach. Automatycznie wypuściłem z rąk moje książki, zeszyty i rzecz jasna notatnik.

- Uważaj, jak leziesz! – krzyknął mój roześmiany napastnik, gdy przybijał piątkę z jakimś maturzystą. Obróciłem oczyma i pomyślałem: „Znowu się zaczyna.”. Harry podszedł do mnie i pomógł mi zbierać moje rzeczy. Wyciągając rękę po książkę od biologii, spojrzałem na jego ciemne loki, które dodawały mu uroku, ale on był tylko moim przyjacielem, nigdy nie pomyślałem o nim w „ten sposób”.

- Nie przejmuj się, Craig jest w drużynie zapaśniczej i musi sobie nadrabiać brak inteligencji. – zaśmiał się Harry, a ja się lekko uśmiechnąłem. Razem z nim chodziłem do klasy i przyjaźniliśmy się prawie od początku roku szkolnego. Siadywaliśmy razem na lekcjach, jedliśmy lunche we dwójkę i spędzaliśmy ze sobą dużo czasu wolnego. Harry też był w tej „drugiej lidze”, jak ja, ale on był przynajmniej jakoś szanowany w tej szkole.

- Styles… Słyszałem, że… - zacząłem i przerwałem, gdy podeszliśmy pod salę od biologii.

- Tak? – zauważył, że jestem niepewny, czy powinienem pytać, więc od razu dodał. - No dalej, nie wstydź się, Irlandczyku. – mruknął trochę zniecierpliwiony przyjaciel.

- Słyszałem, że ty i ten o dwa lata starszy… W sensie my mamy 17, a  on 19 lat.. No ten maturzysta… - zacząłem pokrętnie, bo nie wiedziałem, jak zapytać o to prosto z mostu.

- Hah, za to cię uwielbiam!  - klasnął w dłonie Harry, gdy prawie tarzał się ze śmiechu.

- Ty i Louis Tomlinson to na serio? – zapytałem oschle, bo jego reakcja zadziała mi na nerwy.

- Hm… Nie… chociaż może tak… - odpowiedział ze swoim wyraźnym, brytyjskim akcentem, a w jego głosie było słychać tą charakterystyczną chrypkę. Chciałbym, żeby ten chłopak chodził ze mną na wszystkie zajęcia pozalekcyjne, wtedy nie czułbym się tak samotnie. Poza nim nie miałem tutaj żadnych znajomych, ale  wrogów na pewno nie zdołałbym policzyć na palcach dwóch rąk. Jednak gdy dzisiaj popołudniu poszedłem na zajęcia plastyczne i zobaczyłem na nich  samego Zayna Malika, czułem, jak moje serce wykonuje obrót o 180 stopni. Usiadłem obok niego w ławce i bez słowa zacząłem kończyć mój projekt.

Co chwilę ukradkiem spoglądałem na jego piękne, ciemne włosy, które ułożył za pomocą żelu. Miał korzenie pakistańskie i był bladym mulatem, a do tego był w moim wieku.

Dzisiaj ubrał się w baseballową bluzę naszej szkolnej drużyny, a gdy wdychałem powietrze, czułem zapach jego silnych, męskich perfum.

- Tylko nie mów nikomu, że mnie tu widziałeś, ok? – zapytał Zayn, nachylając się do mnie i spoglądając mi w oczy. Jego czekoladowe tęczówki przyciągnęły mój wzrok na dłużej. Chłopak pomachał mi dłonią przed oczyma, bym mu odpowiedział, a ja tylko przytaknąłem ruchem głowy. Malik miał w szkole opinię Bad-boya i najwyraźniej starał się ją zatrzymać. Bardzo go lubiłem, czasem mój najlepszy przyjaciel sobie żartował, że Malik jest moją ukrytą miłością i chyba nawet miał rację… To dla tego chłopaka zapisałem się na zajęcia z piłki nożnej, której wielkim fanem nie byłem. Spojrzałem na to, co rysował i byłem zaskoczony. Zawsze sądziłem, że rysowanie i malowanie to moje broszki, a teraz byłem najnormalniej w świecie zazdrosny, jednak nie mogłem powstrzymać uśmiechu, gdy sobie uświadomiłem, że Zayn zaczął mnie zauważać i nawet się do mnie odezwał.

- Hm… Niall, czy mógłbym? – z rozmyśleń wyrwał mnie jego mocny głos, a on w ręku trzymał moją temperówkę.

- Tak, jasne bierz. – rzuciłem, jakby od niechcenia, ale wydawało mi się, że poszedłem kilka oktaw w górę z powodu stresu. Zayn tylko się uśmiechnął, a potem nie rozmawialiśmy do następnego dnia, czyli treningu piłki nożnej. Przebraliśmy się w szatni i wybiegliśmy całą drużyną na boisko.

- Dzisiaj sobie pogramy, ciamajdy. – krzyknął donośnie trener Ticks, który był znany ze słabego panowania nad sobą. – Wybiera Zayn i Liam! – dodał równie głośno, wybierając na liderów dwóch najlepszych zawodników i jednocześnie jego ulubieńców.  

- Ja pierwszy… - oznajmił Malik i zaczął spoglądać na wszystkich chłopców w drużynie. – Wybieram Horana! – krzyknął i wskazał na mnie ręką. Byłem w wielkim szoku, ja nawet dobrze piłki nie umiem prowadzić, a chłopak mnie wybiera na pierwszym miejscu. „Chyba chce się odwdzięczyć za to, że nie wydam go z tym rysunkiem…” – pomyślałem.

- Kogo bierzemy? – zapytał mnie, szepcząc, a jego ciepłe wargi muskały przy tym moje

ucho - moje serce na chwilę stanęło.

- Hm… Może Josha? – zaproponowałem niepewnie, a on przytaknął i się uśmiechnął. „Zayn jeszcze nigdy nie był dla mnie, dla kogokolwiek taki miły…” – przeleciało mi przez myśl.

Kiedy wybraliśmy zespoły, zaczął się mecz. Starałem się grać, jak najlepiej potrafię, ale i tak wiele moich prób podania lub strzału kończyło się niepowodzeniem. Raz dostałem piłkę i prowadziłem ją już, a kiedy byłem przy bramce – poślizgnąłem się na mokrej od deszczu murawie. Byłem zawiedziony, ale On wtedy do mnie podszedł i pomógł mi wstać.

- Każdemu mogło się zdarzyć, następnym razem będzie lepiej! – zaśmiał się Malik, a ja się uśmiechnąłem i zrobiłem to jeszcze szerzej, gdy zmierzwił moje blond włosy i odbiegł, by pomóc napastnikowi na lewym skrzydle. Pamiętam, że od tamtej chwili byłej jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie, aż do pewnego feralnego wieczora. Wróciłem właśnie z treningu i wszedłem do kuchni, gdzie reszta rodziny już na mnie czekała.

- Hah, nie uwierzycie! Strzeliłem dzisiaj 2 bramki, a nasza drużyna odniosła ogromną wygraną! – wykrzyknąłem radosny, dając się ponieść emocjom.

- No… Moja krew! W końcu Niall znaczy „zwycięstwo” w Irlandii, co nie? Nie bez powodu daliśmy ci takie imię… - odpowiedział mój ojciec tym samym, podekscytowanym tonem, co ja. Mama siedziała ze spuszczoną głową i dopiero po chwili zauważyłem, że łzy spływają jej po policzkach.

- Co się stało? – zapytał poważny i podszedłem do matki, by ją objąć.

- Nie mamy zbyt dużo środków, jak wiesz, a uczelnia w Brighton chce ci dać stypendium… - zaczęła matka, urywając, gdyż widziała, jak wyraz mojej twarzy gwałtownie się zmienia.

- Dopiero co, zaczęło mi się tu podobać! – odsunąłem się od niej. – Wreszcie zacząłem mieć normalne życie! – wykrzyknąłem, a słysząc tylko „Niall, tak będzie lepiej” w odpowiedzi, wbiegłem do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko, w które zacząłem uderzać dłońmi zaciśniętymi w pięści. Jedynym uczuciem jakie teraz czułem była złość, która mną całkowicie owładnęła. Przez ostatni miesiąc zdążyłem bardzo się zbliżyć do Zayna, który teraz był główną przyczyną mojego dobrego samopoczucia. Zaczęło się, gdy Malik raz odprowadził mnie pod dom,  a potem począł robić to coraz częściej. Na wspólnych lekcjach angielskiego machał mi z przeciwległego rzędu, a  z czasem siadywał na lekcjach ze mną w ławce. Kiedy indziej spytał się mnie, czy chciałbym z nim zjeść lunch, a ja bez wahania się zgodziłem. Czasem wydawało mi się, że zbyt łatwo i szybko ze szkolnego Bad-boya stał się takim miłym i ciepłym chłopakiem w stosunku do mnie. Teraz gdy słyszałem przezwiska i obelgi na mój temat, nie reagowałem, nie widziałem w tym sensu – byłem „inny” i się tego nie wstydziłem.

Raz, kiedy Zayn mnie odprowadzał po lekcjach, szliśmy ramię w ramię, a on bez słowa splótł swoje ciepłe palce z moimi. Nikt nas nie widział, ale i tak jego zachowanie nie pasowało mi do tego „dawnego Malika”. Stojąc pod wejściem, uśmiechnął się i pochylił, a moje usta złączyły się w pocałunku z jego rozgrzanymi i trochę spierzchniętymi wargami. Nie wiedziałem co robić, chciałem tego, ale myśl, że coś może pójść nie tak, sparaliżowała mnie doszczętnie, więc tylko stałem oniemiały. To z nim po raz pierwszy całowałem się z chłopakiem i musiałem przyznać, że bardzo mi się to podobało. Od tamtego popołudnia spędzaliśmy ze sobą dużo czasu wolnego, a Zayn przestawał być moją ukrytą miłością, którą miałem szansę tylko podziwiać z daleka. Mówiłem mu o wszystkim, a on z czasem sam zaczął mi się zwierzać. Nie byliśmy już zwykłymi znajomymi, łączyło nas coś więcej, tak mi się przynajmniej wydawało. Przez ostatnie dwa tygodnie byliśmy prawie nierozłączni.

Dzisiaj kiedy po treningu wyszedłem prędko z szatni, bo spieszyłem się do domu, musiałem się wrócić, bo zapomniałem jednej książki, która najprawdopodobniej musiała zostać w szafce. Wchodząc do szatni usłyszałem śmiechy. Zayn stał tyłem do reszty zespołu, a ci szydzili z niego. Podszedłem do Malika i dotknąłem jego ramienia, chciałem się spytać, co się dzieje.

- Nie dotykaj mnie… - warknął, po czym wybiegł z pomieszczenia na korytarz.

Stałem oniemiały w tej samej pozycji i nagle wszystko się wyjaśniło. Kilka osób z drużyny szeptało teraz między sobą, że Malik, tak ten Bad-boy jest gejem, pedałem, a i gorsze określenia padały. Ścisnąłem mocno wargi i wybiegłem  z szatni, mając nadzieję, że go spotkam. Stał sam, a korytarz był zupełnie pusty, pakował coś do swojej szafki, a ja do niego podszedłem.

- Zayn, nie zwracaj na nich uwagi… - powiedziałem, a on trzymał spojrzenie na swojej szafce. Powoli się obrócił do mnie i przygryzł wewnętrzną stronę policzka.

- Wiesz, co jest najgorsze? – zapytał ostrym tonem, przechylając głowę i podchodząc do mnie o krok.

- Co? – spytałem, marszcząc brwi. Znałem go na tyle, by wiedzieć, że nie panuje nad swoimi uczuciami, ale teraz wiedziałem, że musiało się stać coś naprawdę okropnego. Złapał moje dwie ręce nad łokciami i obrócił mnie, uderzając moim ciałem o szafki szkolne. Znów poczułem, że tracę dech w piersiach, a serce prawie wyrywało się z mojej klatki piersiowej.

- Najgorsze jest to, że nie powinni mnie tak nazywać… - rzekł wściekły, a ja ukradkiem spojrzałem na jego malinowe usta. Nagle rozległ się dzwonek, a kilku uczniów wyszło na korytarz i poczęło spoglądać na naszą dwójkę. Zayn nie zwracał na nich uwagi, a właściwie wyglądał, jakby chciał ich towarzystwa. Hipnotyzował mnie wzrokiem, kontynuując. – To był tylko zakład, Niall! Oni mnie w to wciągnęli. Chłopaki z drużyny chciały wyciąć takiej niedojdzie, jak ty kawał… - skończył, a ja odwróciłem swoje spojrzenie w pustą przestrzeń obok nas. Przygryzłem wargi, próbowałem powstrzymać się od tego, co w tej chwili poczułem, gdy cała prawda się wydała.

- Przez myśl nie przeszło mi nigdy, że ktoś taki, jak ty by mi się spodobał. Jesteś mężczyzną, tak samo jak ja… Powinieneś wiedzieć, że nic do ciebie nie czułem. – wypowiedział, a ja znów spojrzałem w jego oczy, które jeszcze niedawno były pełne sympatii, jednak teraz mogłem dostrzec w nich tylko żal i drwinę.  

- Czyli to koniec? – zapytałem, a mój głos zadrżał na końcu zdania.

- Hah… Jesteś nie możliwy! – krzyknął mój rozmówca, puścił mnie i się odsunął o krok, stając na środku przejścia. Obrócił oczyma. – To nie jest koniec… Bo nigdy, przenigdy nic między nami nie było. – rzucił zdenerwowany, a ja zacisnąłem mocniej wargi i zrobiłem coś, co sądziłem, że nigdy się nie stanie – po prostu wybuchłem.

- Było! Czemu nie chcesz tego przyznać! Wszyscy znają prawdę! – krzyknąłem.

 Hah, zabawny jesteś – mruknął i dodał. – Wszyscy ją znają, oprócz ciebie. – poszedł wzdłuż korytarza i  będąc do mnie tyłem, dorzucił jeszcze oschle. - Jedź do Brighton, nie masz co tu robić, Horan.

Czułem, jak ziemia osuwa mi się spod nóg. Wszystko, co było moim szczęściem i życiem zarazem, okazało się teraz fikcją…





Opracowała: B

PS Proszę o oceny i komentarze!! Btw, też macie zaciesz, jak myślicie o świętach??:D

czwartek, 29 listopada 2012

Imagine - Harry (XIII)

Co znajduję w kopiach roboczych po tym, jak wchodzę na komputer po szkole? A to! 
Wiadomość od E: 
"Tak, nudzi mi się;) We are live in a yellow submarine...:) Ej, miałam dzisiaj dodatkowe z moją anglistką MJ, mam prawo wariować!:D Hmm... Lubisz piłkę nożną? Bo teraz w nią grasz... Niallowi by się spodobało...<3  Całuski z ławki w czasie WFu:*"

Tak, czy siak... Boże, ostatnio cały czas to powtarzam... Tak, czy siak... To pomimo tego, że dostałam 99% procent z pk z polskiego i mam 6, a rodzice pozwolili mi zamówić cokolwiek zechcę na obiad, to... Mam ochotę coś rozwalić!! Przepraszam, powinnam teraz pisać coś, czego dawno nie było (np. Liam/Louis), ale jestem taka... Wściekła? Załamana? Coś w ten deseń... Dlatego wstawiam coś, co teraz nasunęło mi się na myśl... I przepraszam, że jest w pierwszej osobie, ale po prostu jestem taka zdenerwowana, że...Ale będzie długie! Dajcie mi rozgrzeszenie! I dziękuję, że jesteście...

Wasza B

----------------------------------------------




 Wróciłam  z pracy do naszego, wspólnego mieszkania... Było już około 21, kiedy włożyłam kluczyki do zamka i przekręciłam je. Wchodząc, poczułam zapach świeżych kwiatów i czekolady. Wszędzie panowała ciemność, nie licząc kilkudziesięciu lub i nawet setek małych światełek - świeczek. To one pewnie były powodem woni o zapachu czekolady... Zdjęłam buty i podążyłam do jadalni, tam właśnie prowadziły mnie płatki róż rozsypane na podłodze... Gdy uchyliłam drzwi, zobaczyłam w środku Harry'ego, który wstał i podszedł do mnie. Pocałował delikatnie moje usta swoimi, a ja poczułam jego męskie perfumy, które sprawiały, że nie chciałam by zakończyło się tylko na pocałunku... Pierwszy zakończył tą chwilę namiętności i objął mój policzek, po czym chwycił jedną dłoń i poprowadził do stołu. Odsunął jedno krzesło, abym mogła usiąść i dosunął mnie do stołu. Nachylił się po butelkę wina i nalał nam do kieliszków. Wodziłam wzrokiem za jego sprawnymi dłońmi i lekko się uśmiechałam... Wiedziałam doskonale, co potrafią te ręce...
Byłam z Harrym od ponad roku, a takie niespodzianki, jak ta, którą mnie zaskoczył tego dnia, były wynikiem spontanicznego okazywania uczuć przez tego chłopaka. 
- Jesteś bardzo romantyczny, nie musiałeś... - powiedziałam, wspierając się na jednej ręce, gdy on usiadł naprzeciwko mnie.
- Wiem, ale chciałem... - wymruczał i nachylił się, by mnie pocałować w policzek. Zamknęłam oczy, kiedy jego ciepłe wargi musnęły moją skórę. Nie mogłam uwierzyć, że różnica wieku między nami, stała się nagle taka nieistotna... Harry miał 18-ście,a ja byłam starsza od tego chłopaka o 10 lat... Na początku to był zwykły romans, nie chciałam niczego więcej, ale kiedy zamieszkaliśmy ze sobą... Dowiedziałam się jaki on jest naprawdę i pomimo woli oraz rozumu... Musiałam w końcu przyznać, że coś czuję do tego nastolatka. Nastolatek... To było słowo, które odbijało się echem w mojej głowie. Poniekąd trzeba było przyznać, że jestem dla niego okropna... On się tak stara, a ja... Ja go wykorzystuję. Czuję coś do niego, ale jeszcze nigdy nie powiedziałam tego na głos, bo nigdy też nie pozwoliłam sobie na podobne myśli, jak dzisiaj. On się angażował w ten związek za nas oboje...
Na stole stały małe świeczki, a gdzieniegdzie na białym obrusie, leżały czerwone płatki... 
- Zrobiłem zapiekankę, twoją ulubioną! - powiedział mi do ucha, muskając ustami jego płatek.
Uśmiechnęłam się szeroko, nie mogłam uwierzyć w to wszystko! Świece, kolacja, płatki kwiatów, wino... Jednak po chwili zaczęło gryź mnie sumienie... Czy ja kiedykolwiek zrobiłam dla niego coś, co mogłoby równać się z tym? 
Zjedliśmy posiłek, żartując sobie i rozmawiając.
- Mogę ci coś jeszcze pokazać? - zapytał niepewnie, a ja zamarłam i dopiero po chwili pokiwałam głową ze skromnym uśmiechem na twarzy.
Harry wstał, odsunął mi krzesło i chwycił mnie za rękę. Gdy nasze ciepłe palce się skrzyżowały, przeszył mnie dreszcz, znów poczułam się banalnie... "Prawie tak, jak w liceum" - zadrwił ze mnie mój mózg. Harry poprowadził mnie kwiatową ścieżką na ogród, gdzie na zielonej trawie, stało pianino. Usiedliśmy oboje na ławeczce przed nim. Na jego górze stało kilka świeczek, które delikatnie oświetlały nasze twarze w tym mroku. Harry położył dłonie na klawiszach i zaczął grać. Dopiero po kilku nutach zorientowałam się, że jest to jedna z moich ulubionych piosenek One Direction - "They Don't Know About Us". I to jeszcze jak trafnie opisywała to, co było między mną, a tym loczkowatym chłopcem. Nikt o nas nie wiedział, a właściwie nawet sami nie potrafiliśmy określić to, co między nami naprawdę było. Oparłam głowę o jego ramię i wodziłam wzrokiem po jego smukłych, długich palcach, które dość sprawnie poruszały się po klawiszach...
Nie zauważyłam nawet kiedy chłopak przestał grać. Pocałował mnie w czoło, a jego wargi były lekko spierzchnięte od wieczornego zimna, który panował na dworze. Podniosłam głowę i spojrzałam w jego niesamowite zielone oczy... Wyciągnął rękę i objął mój policzek, przejechał kciukiem pod okiem bardzo delikatnie. Wtuliłam się jeszcze bardziej w jego dłoń i własną dłonią przytrzymałam jego. 
- Chodźmy na górę... - wyszeptałam prawie niesłyszalnie, ale gdy spojrzałam w jego zielone tęczówki, widziałam, że wie o co mi chodzi. Wziął moją rękę i zaprowadził mnie schodami na piętro, do sypialni... Oparł mnie delikatnie o ścianę, a ja się nachyliłam i pocałowałam go w miejsce za jego lewym uchem. Jęknął, to był jego czuły punkt... Wyprostowałam się, a on zaczął mnie całować namiętnie, a ja odwzajemniałam pocałunki. Mój oddech stawał się powoli coraz bardzie płytki... Tym razem pozwoliłam mu przejąć inicjatywę. Poczułam jak jego ciepłe dłonie zjeżdżają w dół po moich plecach, podniósł mnie za pośladki, a ja automatycznie obwinęłam go nogami wokół bioder. Harry przeniósł mnie i położył delikatnie na łóżku. Nachylił się i pocałował moją szyję... W tym szaleństwie myślałam o tym, co mnie łączy z tym dzieciakiem... I w końcu powiedziałam to... To co ostatnio ciążyło mi na sercu.
- Ja przepraszam, Harry... - powiedziałam, kładąc rękę na jego nagim torsie i odsuwając go delikatnie. 
- Ja tak nie mogę! - dodałam, a głos mi zadrżał. - Cały czas cię wykorzystuję, a ty się tak starasz i... - jedna, pojedyncza łza spłynęła mi po policzku.
Chłopak ją wytarł i oparł czoło o mój czubek głowy.
- Wiem, jaka jest prawda... - odpowiedział cicho melodyjnym głosem. - Tylko szkoda, że nie umiesz jej przyznać głośno...
Odwróciłam wzrok od jego oczu i spojrzałam w bok. Czułam, jak zaczynają mnie piec policzki, a to znaczyło tylko jedno - rumieniłam się. Uśmiechnęłam się delikatnie, a po chwili zaśmiałam się i spojrzałam na mojego chłopaka. Tak wreszcie mogłam tak o nim powiedzieć. Byłam w niebo wzięta! Od niepamiętnych czasów nie czułam czegoś, co dał mi ten chłopak. Przyciągnęłam go do siebie za kark i delikatnie musnęłam jego rozgrzane wargi własnymi. 
- Idźmy spać... - zaproponowałam, kładąc się.
Harry położył się obok mnie tak, że spoglądałam mu teraz w te jego zielone tęczówki. Przysunęłam się do niego jak najbardziej mogłam i wtuliłam się w jego umięśniony, ciepły tors. 
- Dobranoc - wyszeptał, gasząc lampkę nocną i przygarniając mnie do siebie mocniej ramieniem. 
- Dobranoc... Kocham cię. - powiedziałam, przytulając się mocniej i zamykając oczy. Usłyszałam jak jego serce gwałtownie przyspiesza i uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Czułam, że to mój najszczęśliwszy dzień!  Nagle wszystko stało się takie oczywiste...
- Ja ciebie też, kochanie... - odpowiedział radosnym głosem, całując mnie w czoło. 
Zasnęliśmy i ze snu wyrwał mnie dopiero jakiś koszmar. Odwróciłam się w drugą stronę i spojrzałam w ciemną przestrzeń. Śniło mi się, że to, co stało się sensem mojego życia... Miało przestać istnieć. Wiem, że to szalone, ale... Dzisiaj odkryłam, że nie mogę żyć bez Loczkowatego. Nagle poczułam czyjeś silne ramiona przyciągające mnie do siebie. Harry pocałował mnie delikatnie w szyję i opatulił nogami...
- Nie bój się... Rano nadal tu będę. - wyszeptał mi do ucha, jakby wyczuwał to, o czym myślałam.


Załkałam głośniej. Łzy spływały mi po policzkach i mieszały się z wodą. Oparłam się o szybę kabiny prysznicowej, gdy moim ciałem wstrząsały kolejne spazmy płaczu. Te wspomnienia były zbyt rzeczywiste i jednocześnie przez to, zbyt brutalne. Te wspaniałe chwilę z nim już nigdy nie powrócą... Już nie zobaczę jego twarzy i uśmiechu... Czułam, że coś we mnie pęka... Usiadłam na dnie kabiny i zasłoniłam sobie twarz dłońmi, pomimo tego, że nikt nie mógł mnie zobaczyć. Łkanie stawało się coraz głośniejsze, a ja płakałam, siedząc pod strumieniami wody, dopóki łzy nie przestały lecieć. Kiedy dowiedziałam się niedawno, że Harry zginął w wypadku lotniczym, gdy próbował polecieć by odwiedzić swoich przyjaciół... Cały świat się dla mnie zawalił. Ani razu przez myśl nie przeszedł mi pomysł, że tak zakocham się  w tym młodym, loczkowatym chłopu. Faktu, że straciłam go bezpowrotnie, nie pomagała wieść o tym, że jestem w ciąży... Mam w sobie jego dziecko... Dziecko, które nie będzie mieć ojca... Nigdy się z nim nie spotka, nie pobawi... Harry nie nauczy go grać na pianinie albo jak zainteresować sobą dziewczyny... Nigdy nie usiądziemy razem przy wspólnym posiłku w Wigilię... Jeszcze jedna zabłąkana łza spłynęła mi po policzku, gdy położyłam się do łóżka. Naszego łóżka. Leżąc tam sama, dobijała mnie myśl, że teraz moje życie stało się bez wyrazu... ale muszę żyć. On był tym jedynym i to jest najważniejsze. Wychowam to dziecko i będzie ono moim największym skarbem. Odwróciłam się na bok i spojrzałam na gwiazdy za oknem. Tak bardzo chciałabym, żeby czas się cofnął, żeby ten cholerny samolot w ogóle nie startował... Zamknęłam oczy, a pod powiekami ujrzałam go, gdy mówił: "Nie bój się... Rano nadal tu będę" i uśmiechnęłam się, pomimo iż wiedziałam, że obudzę się sama...Jednak już mniej bałam się tego, co nadejdzie...



Opracowała: B


PS Wiem, że jest mega smutaśny, przepraszam was!
Chyba w ogóle was dzisiaj zawiodłam... Postaram się bardziej następnym razem... :(





piątek, 2 listopada 2012

"More Than This" - rozdział 1

Ah! Pierwszy rozdział:) Już od dawna chciałam go napisać, ale jakoś tak wyszło, że dopiero tera to robię. Poza tym nie wiem, czy opowiadanie w ogóle wypali, więc... Najpierw proszę o lekturę i komentarze! Jak i wzięcie udziału w naszej ankiecie! :)


--------------------------------------------------------



~~ Harry ~~
Westchnąłem głośno, a głos mi zadrżał. Byłem tutaj sam, ale doskonale słyszałem  harmider za drzwiami. Oparłem się obiema rękami o blat z umywalkami i spojrzałem posępnie na marmur, którym był wyłożony. Po chwili odkręciłem kran, z którego od razu zaczęła płynąć woda. Nabrałem ją w dłonie, pochylając się i zanurzyłem twarz w wodzie. Z zamkniętymi oczyma zakręciłem kurek, przetarłem oczy wierzchem dłoni i otworzyłem je. Spojrzałem przed siebie, a moje usta otworzyły się ze zdumienia... Pomimo tego, co widziałem, nie śmiałem się obrócić. Nadal patrzyłem przed siebie na odbicie w lustrze...



<<Kilka godzin wcześniej>>

~~ Louis ~~
  Dzyń, dzyń... Przeciągnąłem się i wyciągniętą ręką wyłączyłem budzik. Przewróciłem się na drugi bok, gotów spać dłużej, ale przypomniałem sobie, o tym jaki mamy dzisiaj dzień. To miało być teraz albo nigdy... Otworzyłem oczy i spojrzałem na widok za oknem, niezbyt rewelacyjny. Cóż przyjechałem do Londynu na kilkanaście dni, a to miejsce i tak wynająłem na ostatnią chwilę. Usiadłem bez oporów na brzegu łóżka i zastanawiałem się co teraz. Wstałem i podszedłem do szafy, powoli ją otworzyłem. Przejeżdżałem wzrokiem po niedbale ułożonych częściach garderoby, już wyciągnąłem rękę po czarny T-shirt, kiedy nagle przypomniałem sobie pewną rzecz. "Louis, na kogo chcesz wyglądać? Jak cię widzą, tak cię piszą..." - mruknąłem sam do siebie pod nosem i rzuciłem T-shirt na szafkę. Stanąłem przed szafą i przygryzłem wargę. Nigdy nie miałem takich problemów, a teraz... Westchnąłem głośno. Mój wzrok powędrował na dolną półkę, gdzie ujrzałem szkolny mundurek, w którym odbyłem drogę i nagle wiedziałem, jak chcę być dzisiaj spostrzegany...


~~Harry~~
- Wstawaj, kochanie! Dzisiaj wielki, wielki dzień! Twój dzień! - powiedziała dość głośno do mojego ucha, żeby wyrwać mnie z krainy Morfeusza. 
- Mamo... ! - powiedziałem przeciągle z wyrzutem, po czym zasłoniłem sobie twarz poduszką. 
- Nie trzeba było tak do późna ćwiczyć i tak jesteś dobry! - mruknęła i wyszarpnęła mi kołdrę. - Poza tym Harry... Takie zachowanie nie przystoi! Możesz gwiazdorzyć, jak już wygrasz! - burknęła z większym wyrzutem niż ja wcześniej.
Odrzuciłem poduszkę i spojrzałem na nią. 
- Ja nie... - zacząłem, a ona mi przerwała.
- Ja wiem, nie gwiazdorzysz, ale nie ma lepszej motywacji niż kontratak! Zapamiętaj to sobie, bo jak już trafisz do showbiznesu to, to się okażę ważną wskazówką! A teraz wstawaj! Idę zrobić śniadanie... - rzuciła jeszcze wychodząc z pokoju. 
Patrzyłem jak opuszcza pokój, po czym wziąłem poduszkę i westchnąłem "yyy..." , tłumiąc nią dźwięk. Opadłem na łóżko i spojrzałem na sufit. 
- Hej... - zaczęła nieśmiało, a ja spojrzałem jak wychyla się zza framugą drzwi.
- Cześć - odpowiedziałem i znów skierowałem wzrok na sufit.
- Hej, brat! Wstawaj leniu! - podeszła do mnie i wysunęła spode mnie prześcieradło tak, że spadłem z łóżka, z głośnym krzykiem.
- Gem! A to za co? - spytałem ocierając głowę, która przed chwilą zderzyła się z meblem. 
- Za to, że... Że jesteś z naszej rodziny, a w naszej rodzinie nie ma miejsca dla leni! - krzyknęła mi w twarz, po czym się uśmiechnęła i wychodząc z pokoju, zatrzymała się w framudze. Oglądając się na mnie dodała, słodkim głosem, jakże odmiennym tonem, do tego przed chwilą - Kochany braciszku... idę pomóc mamie w przyrządzaniu twojego ulubionego śniadania, naleśników! - przeciągnęła ostatnie słowo i wyszła. Słyszałem jeszcze, jak krzątają się po mieszkaniu. Wynajęliśmy to miejsce na kilka nocy, głównie z okazji mojego castingu do X factor... Jednak te dwie kochane kobiety w moim życiu (a właściwie Gemma wyszła z tym pomysłem), że zwiedzą sobie przy okazji Londyn, w dokładnie część ze sklepami odzieżowymi. Praktycznie rozumiałem je, bo Holmes Chapel, w którym mieszkamy i który leży w Cheshire, jest oddalony od Londynu około 250km, więc nieraz przyjechaliśmy obejrzeć to wspaniałe miasto. "Dobra, pora wstawać, Harry!" - sam sobie wydałem rozkaz, który od razu wykonałem. Podszedłem do otworzonej na ziemi walizki i wyjąłem stamtąd: brązowe spodnie, biały T-shirt i szary luźny sweter. Obejrzałem się w lustrze i podciągnąłem rękawy. Na szyi luźno zawiązałem swój ulubiony szal, a na lewą rękę wsunąłem moje ulubione bransoletki i frotkę, którą kiedyś dostałem od ojca. Przeczesałem ręką włosy i tak nic nie da rady tym lokom. Poczułem wspaniały zapach wanilii, który zawiódł mnie do kuchni. 
- Hmm...hmm... - oblizałem palec z nutelli. - To chyba będzie najlepszy dzień w moim życiu jeśli się nawet nie dostanę... - powiedziałem, bo mama obiecała mi jedną rundkę London Eye, które było stałym punktem na liście spraw "do załatwienia", za każdym razem kiedy odwiedzaliśmy Londyn. 
- Ach! Ile razy mówiłam ci, że masz nie wyżerać prosto ze słoika! - powiedziała Gem przedrzeźniając głos mamy, która zawsze tak mówiła, kiedy nas na tym nakryła, ale tym razem tylko moja siostra była świadkiem. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, ale ja pierwszy się opanowałem i przygryzłem wewnętrzną stronę policzka. 
- Ej, brat... Nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze! Zobaczysz! - dotknęła mojej ręki leżącej na stole przy tych słowach otuchy i uśmiechnęła się trochę krzywo, widząc, że to niewiele dało. - Masz to! Niech ci doda szczęścia na scenie! - zdjęła z włosów szarą materiałową opaskę i mi ją wręczyła. Uśmiechnąłem się szczerze i spojrzałem na "dar", po czym owinąłem go sobie dwukrotnie wokół prawego nadgarstka. Powiedziałem nieme "dziękuję", bo mama właśnie zaczęła monolog o myciu rąk przed posiłkiem i gotowych naleśnikach. Spojrzałem wdzięczny i teraz pewniejszy na moją siostrę jeszcze raz, a ta odpowiedziała mi niemym "nie ma za co" i wysłała mi buziaka. A ja uśmiechnąłem się szerzej pochylając się nad naleśnikami. 

~~Louis~~
Jechałem właśnie czerwonym autobusem typu "double decker". Mijaliśmy za oknem, co ważniejsze punkty Londynu. Nie mogłem uwierzyć, że właściwie moi rodzice zgodzili się na samotną podróż do tego miasta z Doncaster. Nigdy nie wydawało mi się to daleko, do dzisiaj przynajmniej... Właśnie stanęliśmy na czerwonym świetle, a ja po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czemu nie wybrałem metra. Spojrzałem przez okno po mojej lewej, zauważyłem Big Bena górującego nad dachami i kominami domostw. Pomimo młodej godziny, wszędzie było pełno ludzi, nie dziwiłem się dlaczego nazywają to "ciągle żywym" miastem. Wyciągnąłem telefon komórkowy i napisałem do rodziców krótką wiadomość, żeby się nie denerwowali...                                ***
Tutaj był jeszcze większy tłok niż sądziłem, że będzie... Podszedłem do informacji, podałem im swoje dane osobowe, a oni wydali mi ankietę i przylepili kartkę z numerem "155204". Ankieta? A no tak... Przecież każdy z uczestników musiał napisać kilka słów o sobie. Takie tam: co lubisz, co robisz i coś o śpiewie... Usiadłem w kącie z moim plecakiem z żywnością między czarnoskórym mężczyzną, a panią w podeszłym wieku. Wyciągnąłem długopis i zacząłem uzupełniać. Imię i nazwisko, wiek, praca, numer seryjny, miasto, zainteresowania... Rozejrzałem się beznamiętnym wzrokiem po innych uczestnikach, wielu z nich wyglądało, jakby to było na ich porządku dziennym - castingi do X factora, nic wielkiego. Odnosząc uzupełnione kartki, zastanawiałem się jak liczny musi być sztab, który nad wszystkim sprawuje kontrolę. Jeśli jest tylu uczestników... Pewnie muszą mieć urwanie głowy!

~~Harry~~
- Powodzenia skarbie! Na pewno będziesz najlepszy! - powiedziała  mama podjeżdżając pod ogromny budynek. Moja mama była jedyną osobą, która sądziła, że mam talent i ciągle mi powtarzała, że powinienem spróbować. Ale jak to matki... po prostu idealizują swoje dzieci, dlatego byłem sceptycznie nastawiony do tego, co robiłem. Wysiadałem z auta zabierając mój plecak, który przerzuciłem przez jedno ramię i spojrzałem w stronę zatłoczonego wejścia, przełknąłem głośno ślinę i zrobiłem pierwszy krok w jego kierunku. 
- Połamania nóg, niezdaro! - krzyknęła jeszcze moja siostra za mną, a ja obejrzałem się i zobaczyłam, jak ich auto ginie wśród zabudowań. Spojrzałem ku niebu, a potem na opaskę na prawym nadgarstku. "Wszystko będzie ok" - pomyślałem i pewniej wszedłem do środka, gdzie panował totalny rozgardiasz. Z trudem odnalazłem informację, do której stała długa, jak pociąg, kolejka. Włożyłem słuchawki w uszy i starałem się nie myśleć o tym, co czeka mnie w dniu dzisiejszym... Ruszałem rytmicznie nogą w rytm mojej ulubionej piosenki zespołu Pink Floyd, kiedy przede mną były już tylko dwie osoby. Gdy nadeszła moja kolej, podałem swoje dane, a w zamian dostałem ankietę i numer seryjny do przyklejenia. "Mam wielką nadzieję, że numer "165998" przyniesie mi dzisiaj szczęście" - pomyślałem przyklejając go do koszulki. Oddaliłem się 6 metrów od informacji i oparłem o ścianę, by wypełnić kartkę o sobie. W pierwszej kolejności wpisałem nazwę wykonywanej przez siebie piosenki, zanim zapomnę z nerwów jej słów albo i tytułu. Wróciłem do informacji i drżącą ręką wręczyłem ankietę jakieś młodej wolontariuszce, która najwidoczniej musiała tutaj pracować. Spojrzała na mnie rozczulonym wzrokiem, a ja czułem, że staje się czerwony na twarzy. 
- Najlepiej jest myśleć o swoich sukcesach, wtedy się mniej stresujesz - powiedziała, po czym odeszła, by pomóc gdzieś indziej. A ja osłupiały poszedłem w przeciwnym kierunku i usiadłem na jakiś schodach w rogu, by mieć trochę swobody i spokoju. Począłem myśleć o najmniejszych szczęściach i udanych bądź wygranych rzeczach... Powoli byłem już spokojny, spojrzałem na ekran mojego telefonu. Była 8:30, nie pocieszało mnie to zbytnio, że jest tak wcześnie... Miałem wystąpić przed jurorami dopiero popołudniu... Jeszcze raz spojrzałem na ekran modląc się, żeby była chociaż godzina później - chciałem mieć to wszystko, jak najszybciej za sobą.  Niestety była ta sama godzina, ale zauważyłem coś innego. W kącie ekranu mrugała ikonka wiadomości, dotknąłem ją i spojrzałem na wiadomość, którą dostałem. "Powodzenia synu! Trzymam za ciebie kciuki! Pobij ich wszystkich:)". Uśmiechnąłem się od ucha do ucha, tata nie mógł z nami przyjechać, bo musiał zostać w pracy. To właśnie ojciec zawsze mówił, że mam "słomiany zapał" i nigdy nie kończę tego, co zacząłem, że tylko mówię, a nie czynię. Gdy usłyszał o castingu też nie był pozytywnej myśli, dlatego teraz byłem szczęśliwy, bo wiedziałem, że znów we mnie uwierzył. Jedna pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, a ja wytarłem ją frotką od ojca i wystukałem szybko na klawiaturze wiadomość zwrotną: "Nie zawiodę cię, tato!"...

~~Louis~~
Patrzyłem na szczęśliwe i na przemian smutne twarze osób, które wychodziły z "pokoju" przesłuchań. Niektórzy starali się zatuszować miotające nimi emocje, inni obwiniali jurorów, a jeszcze inni mówili "nie tym razem, ale następnym" i śmiali się szczerym śmiechem. Jednak byli też tacy, którzy wybiegali skacząc i ciesząc się z sukcesu. Spoglądałem na tych ludzi znad mojej książki, która jakoś nie wzbudzała zbytnio mojego zainteresowania. Było na razie południe. Zjadłem kanapkę i odbyłem już rozmowę z dziennikarzem,  który podchodził do losowych osób pytać się o ich przeżycia, emocje i właściwie po co tu przyszli. Wstałem, wziąłem swoją torbę i poszedłem szukać toalety, bo te 2 butelki wody właśnie zaczęły o sobie znać. Zawsze jak się denerwowałem to dużo piłem, nie pokazywałem tego w inny sposób. Dlatego tylko mnie nie dziwiło, że wypiłem w 6 godzin 2 litry wody. Chodziłem po wielkiej sali pełnej ludzi, by znaleźć drzwi do toalet. Uznałem, że najlepiej będzie sprawdzić na jakimś planie budynku i tak oto zrobiłem. Plan znajdował się obok gaśnicy i przycisku pożarowego, więc nie było ciężko go znaleźć. Na planie tylko tego piętra znajdowały się 4 ubikacje męskie. Wybrałem tą najbardziej oddaloną od głównego "ognia" uczestników, w obawie przed kolejkami. Skręciłem wzdłuż schodów na uboczu i wszedłem do toalety oznaczonej trójkątem. Ściany wyłożone niebieskimi kafelkami pasowały do marmurowego blatu z umywalkami nad którym wisiało ogromne lustro. Odbicie przedstawiało kabiny na przeciwko. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, z boku znajdowały się pisuary. Podszedłem do nich już trochę na granicy wytrzymałości. Nie mogłem uwierzyć, że to miejsce było zupełnie puste, byłem tu sam... A może niezupełnie? Usłyszałem jak ktoś ćwiczy gamy i stara się pociągnąć wyższą tonację. Spodobał mi się ten młody głos z chrypką. Zapiąłem rozporek w momencie kiedy za mną wydobył dźwięk skrzypnięcia drzwi. Obróciłem się i podeszłem do umywalek. Widziałem chłopaka, który pochylał się nad jedną z nich i obmywał sobie twarz. Plecak u jego stóp wskazywał, że też od dawna czeka. Spojrzałem na jego brązowe loki, uśmiechnąłem się, przechylając głowę i przygryzając delikatnie dolną wargę. Po chwili zorientowałem się, że nie słyszę już lejącej się wody. Mój wzrok padł na lustro, a tam zauważyłem twarz zdezorientowanego, a może i wystraszonego chłopaka. Jedno wiedziałem na pewno, jego duże zielone oczy, z którymi skrzyżowało się moje spojrzenie w lustrze i szeroko otwarte usta, wskazywały, że był zdumiony moją obecnością...

~~Harry~~
W odbiciu widziałem, starszego od siebie, chłopaka, przynajmniej tak myślałem po tym w co był ubrany: jeansy, białą koszulę, na którą zarzucony miał beżowy sweter, a do tego zawiązał na szyi czarny krawat. Spoglądał na mnie swoimi niebieskimi oczyma tak, że przeszedł mnie dreszcz. Opuściłem wzrok na dłonie. "Od jak dawna tu był? Słyszał mnie? Czemu przyszedł tutaj? Jest też tu ktoś inny? Czemu tak mnie penetrował wzrokiem? Od jak dawna stoimy w takiej ciszy?" - te myśli i jeszcze inne, przelatywały mi przez głowę z zawrotną szybkością. Usłyszałem nucenie za sobą, więc spojrzałem spode łba na lustro. Zobaczyłem, że chłopak podchodzi do umywalek, kołysząc się na boki i nadal nucąc, umył ręce i spojrzał na mnie. Uśmiechnąłem się kiedy zaczął śpiewać jedną z piosenek Oasis - "Wonderwall".  Spojrzał na mnie z ukosa, śpiewając: Today is gonna be the day
           That they're gonna throw it back to you
           By now you should've somehow
           Realized what you gotta do...
- No dalej. - szturchnął mnie ramieniem, a mi nadal rozbrzmiewał jego wspaniały głos w uszach, śpiewający tekst, który tak pasował do dnia dzisiejszego. - Przecież wiem, że to znasz. - dodał, a ja zrozumiałem o co mu chodzi. 
Odpowiedziałem mu dalszym tekstem piosenki:
                          I don't believe that anybody
           Feels the way I do about you now...
Chłopak uśmiechnął się od ucha do ucha pokazując wszystkie zęby, a pode mną ugięły się kolana. "Co się ze mną dzisiaj dzieje?" - zadałem sobie pytanie. Ale odwzajemniłem uśmiech i spojrzałem na niego. Staliśmy teraz na przeciwko siebie, więc doskonale widziałem jego niebieskie tęczówki, kojarzące się z kolorem tafli wody jeziora w moim rodzinnym mieście, mieniącej się w upalne dni. 
- Jestem Louis, Lou, Loui... Mów jak chcesz. - wzruszył ramionami i wyciągnął rękę w moją stronę, uścisnąłem ją. - A ty jesteś? - zapytał jeszcze, a ja puściłem jego ciepłą dłoń. 
- Zestresowany... - odpowiedziałem i od razu ugryzłem się w język. Natomiast mój nowy kolega wybuchnął śmiechem. - To znaczy po prostu Harry! - dodałem. 
- Hah, ładne imię... Zestresowany po prostu Harry... To się piszę łącznie? - zaśmiał się, a ja czułem, że moje pliczki zaczynają piec. 

~~Louis~~
Zrobił się delikatnie czerwony na policzkach, zastanawiało mnie, ile jest ode mnie młodszy... Zrozumiałem, że jestem dodatkowym stresem dla chłopaka, podrapałem się po głowie. Spojrzałem na jego opuszczone zielone oczy. A właściwie, przy takim oświetleniu, jego tęczówki wydawały się zupełnie szare, aż szkoda tego zielonego koloru. 
- Wiesz... - zacząłem opierając się o marmurowy blat. - Skoro jesteś konkurencją, a słyszałem cię wcześniej... No i jestem bardzo szczery... Masz dobry głos, Harry. - powiedziałem spoglądając na drzwi za nim, bałem się, że ktoś zaraz wejdzie.
- Hmm... Dzięki. - powiedział, a potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się szczerze, pokazując wszystkie zęby w uśmiechu. - Ty też jesteś niezły! - dodał, ale nie zważałem na to, bo przyglądałem się jego słodkim dołeczkom. 
- Dzięki... - przeniosłem powoli wzrok z jego dołeczków i ust, na jego oczy tak, że nasze spojrzenia się skrzyżowały. - Czy mogę wiedzieć, co zaśpiewasz przed jury? - spytałem trochę niepewnie.
- Oh. No jasne... To będzie "Isn't she lovely" Steva Wondera. - dokończył patrząc na mój krawat i marszcząc brwi.
- To leci tak... Co nie?  
             Isn't she lovely
             Isn't she wonderfull...
- zaśpiewałem dwa pierwsze wersy, a chłopak przytaknął z uśmiechem.
- No skoro jesteś moją konkurencją i wiesz już o mnie sporo, to może powiesz mi co ty wykonasz? - zapytał pewniejszy siebie, spoglądając na mnie, jego oczy znów miały zielony odcień.
- Hah! Czyżby to był kontratak? - zaśmiałem się, a chłopak znów uśmiechnął się pokazując dołeczki. - Cóż to będzie "Hey there Delilah". - odpowiedziałem, a Harry zaczął śpiewać:
            Hey there Delilah
            Don't you worry about the distance
            I'm right there if you get lonely
            Give this song another listen
            Close your eyes
            Listen to my voice it's my disguise
            I'm by your side.
Coraz bardziej podobał mi się jego zachrypnięty głos.
- Tak... Masz na serio wielki talent... - powiedziałam, a on się trochę zarumienił, opuszczając wzrok. - I poza tym myślę, że mógłbym o tobie wiedzieć więcej... - dodałem, a on spojrzał na mnie. Oboje przestaliśmy się do siebie uśmiechać. Nagle ktoś wszedł do łazienki i udał się do kabiny. 
- Hmm.. - chrząknął Harry. - Miło było cię poznać Lou. - powiedział i udał się w stronę drzwi, przerzucając przez ramię plecak. - Mam nadzieję, że kiedyś zaśpiewamy w duecie. - dodał jeszcze, nie obracając sie za siebie. Szybko podbiegłem do drzwi, co go zdziwiło. Otworzyłem je przed nim, przepuszczając go. Jego zielone oczy wpatrywały się we mnie, po czym wyszedł na korytarz, a ja za nim. Zaczął się oddalać, ale ja chwyciłem go za przegub ręki.
- Też pewnie czekasz do późna... Może kawa? - spytałem z nadzieją w głosie, puszczając jego rękę. Chłopak zastanawiał się nad mymi gestami i rozważał propozycję przez chwilę.
- Z przyjemnością. - powiedział, po czym dodał. - Będziesz miał okazję dowiedzieć się więcej o swojej konkurencji. 
Oboje uśmiechnęliśmy się do siebie. 

KONIEC rozdz. 1

Opracowała B:)

PS Proszę o głosy w ankiecie z boku! O tym opowiadaniu i o tym drugim...
PSS Chcę zmienić "delikatnie" wygląd bloga, bo jestem kobietą, a kobiety zmienne są, więc ostrzegam! :)
PSSS Dziękuję wszystkim, którzy czytają naszego bloga:)
PSSSS Mama mnie zabije! :C
 

poniedziałek, 15 października 2012

Lilo Paynlinson (II)

Dobra... Ostatnio zauważyłam, że każdy post zaczynam tym samym... "dobra"... Popadam w rutynę... Nie ważne. Przepraszam, że dzisiaj nic nie wstawię oprócz tych zdjęć, ale po prostu zmagam się z Królową Nauk, czyli Matematyką... Nic nie ogarniam, a jutro PK wagi 4 :C Więc muszę się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć... Ale wstawię przynajmniej to...
A i bym zapomniała! Alice, spoko pamiętam;D Wszystkie dedykacje są aktualne!! Z innej beczki - jutro coś napiszę jak wrócę ze szkoły... A teraz Lilo.. :)

Wasza B






 


































Jedyne co myślę o tym zdjęciu to, że w jego linku są same litery, a jedyne liczby/cyfry to "69"...
A i to, że Liam ma koszulkę Nialla, a Lou podkrada z szafy Liama;D Kocham to jak nasi chłopcy zamieniają się ciuchami ;D <3










Pozdrawiam znad książek, zeszytów, podręczników, ćwiczeń, notatek i wszystkiego tam... :*